piątek, 31 marca 2017

Warsztat historyka

Dla niezorientowanych w temacie ten tytuł jest zagadkowy, i brzmi co najmniej dziwnie. Wiem, bo sam dobrze pamiętam, jak bardzo mieszane uczucia wzbudzały te słowa na studiach - a zwłaszcza na pierwszym roku! Chyba na wszystkich zajęciach wspominał ktoś coś o warsztacie, a ja się zastanawiałem: młotek mam kupić czy piłę?!


Rzecz szybko stała się jasna: swój warsztat historyk ma w głowie. Ewentualnie na półce, takiej bibliotecznej. Z niej bierze przeróżne narzędzia - intelektualne! Zarówno w węższym znaczeniu, które można by zamknąć skrótem NPH*, jak i w tym bardziej ogólnym, czyli metodologii tudzież erudycji. Czyli tym, co potrzebne do samodzielnych badań. Nie będę Was jednak zanudzał i pisał o żadnych teoriach, bo tak się akurat składa, że w niektórych przypadkach ten warsztat przybiera postać nieco praktyczniejszą. I jak najbardziej fizyczną...


Chcesz narysować mapkę? Musisz się, chłopie, narobić! Czy warto? To się okaże. Zacznijmy od początku...

Na początku jest teren, czyli Słowiańszczyzna. Są tego terenu mapki w starszej literaturze. I są też prawa autorskie, których trzeba przestrzegać. Jaka to zresztą przyjemność wrzucać do siebie na żywca skan z enerdowskiej książki? Na czymś się jednak opierasz, pamiętaj więc że nikt nie ma wyłączności na surową konturówkę części Europy. I każdy Twój przerys od kalki jest osobnym dziełem. Zatem - do roboty!


Po co przerysowywać, jak można zeskanować? Czy jest sens wrzucać to samo, tylko zerżnięte po chamsku z cienkopisem w ręce? Nie ma, jak dla mnie, żadnego. Dlatego opierając się na starszych mapach trzeba mieć swoje treści, które chce się umieścić. Prochu ani też koła drugi raz nie wymyślisz. Rysujesz zasięg lasów? Opierasz się na badaniach i jakiejś konkretnej mapce, więc podaj ją jako źródło. I rysuj ten zasięg lasów, przecinek jego mać!

Zasięg lasów na Słowiańszczyźnie Zachodniej wg Lecha Leciejewicza, Słowianie Zachodni... :)

W naszym warsztacie, jak widać, narzędzi całkiem jest mnogo. Pędzle i plakatówki, jeśli chcemy kolorów, kredki, flamastry, ołówki, kalki, wydruki, linijki, ekierki, no i... skaner. Bo właśnie komputerowo będziemy to wszystko obrabiać. Niektóre rzeczy jest łatwiej narysować ręką, a inne zrobić na kompie. Do tego używam GIMPa. Na początku jest ciężko to całe dziadostwo ogarnąć, czy raczej dziadostwa podstawy, ale posiadając nieco dobrej woli i przejrzysty tutorial można co nieco przyswoić. 


Do czego będziemy używać grafiki komputerowej? Przyda się przy napisach nanoszonych na mapkę, do rysowania strzałek, tudzież robienia poprawek. Można też zmieniać kolory, klonować i przeskalowywać powtarzalne detale. Kreślić szlaki handlowe i trasy przemarszu wojsk, wymierzać położenie punktów osadniczych, uaktualniać stan badań za nowszą literaturą. Do porównywania skali i liczenia odległości przydaje się Google-Earth. Stamtąd też można wziąć kontur...


W praktyce nasza praca będzie wyglądać tak, że najpierw kalka i kontur, rzeki, podziałka, grody. Potem skaner, do kompa, poprawki i wydruki. Następnie z kolei kredki, farby i inne takie, a potem znowu na warsztat, ten nasz wirtualny, gdzie całość już wykańczamy i robimy napisy.


Oprócz pracy z kolorem ciekawie jest też się zająć mapkami czarno-białymi. Czytelne, klasyczne i proste, są bardzo eleganckie i dobrze komponują się z tekstem jako przerywniki pomiędzy akapitami. Nie mówiąc już o tym, że tańsze gdy przyjdzie do drukowania...


Prócz mapek w porządnej książce muszą być obrazki. Znaczy - ilustracje. Archeologów na studiach uczą podstaw rysunku, ja ich niestety nie miałem. Trzeba się uczyć samemu. Co robić? Przerysowywać! Kalka to Twój przyjaciel. Tu sprawy się mają podobnie, jak powyżej z mapkami. Zaczynamy od szkiców, np. jakichś zabytków. Potem się bierzmy za ludzi, konie i takie tam różne. Dobrze pracować na zdjęciach - najlepiej tych, co sam robisz!


W miarę postępów w rysunku można wprowadzać do pracy swe własne modyfikacje. Chcemy żeby nasz jeździec nosił miecz typu X, zamiast zwykłego kijaszka? Proste! I jeszcze hełm mu dodajmy, i włócznie do łapy. Przeróbmy jakoś ten kaptur, bo giba się w tym jak rezus! Nie powiem, to różnie wychodzi. Czasami dosyć pokracznie...


Próbować jednak warto...

 

---------------------------------------------------------------------------------
*Nauki Pomocnicze Historii...

czwartek, 16 lutego 2017

Jak zrobić hubkę lnianą?

Każdy kto obserwuje tego bloga musiał stwierdzić, że dopadł mnie kryzys twórczy. Z jednej strony przyznaję bez bicia - wliczając w to również bicie na treningach, co ma ten prosty powód, że dawno na żadnym nie byłem - że z przyczyn osobistych oraz zawodowych wraz z zakończeniem ostatniego sezonu rekonstrukcja zeszła w moim życiu głęboko na trzeci plan. Ja wiem, że wizyta na jakimkolwiek blogu politycznym zaprzeczy tej tezie, ale naprawdę trudno jest rozpisywać się o czymś, czego się prawie nie robi. Tej zimy choruję niestety więcej niż zazwyczaj, więc raczej się już nie załapię na jakikolwiek przemarsz czy choćby biwak gdzieś w lesie. Cóż zatem mi pozostaje?

Tak oto powstawała moja nalewka z igliwia...

Tu widać tą drugą stronę tej paromiesięcznej ciszy: wyczerpanie tematów. Pisałem tu o tunice, portkach i koszuli, włóczniach, toporach i innych śmiercionośnych zabawkach. Bywało o treningach, wyjazdach, muzeach. Jest też trochę o szewstwie i robieniu tarcz, a nawet zaletach łoju i kazachstańskich wielbłądach. Było o festiwalach, wyprawach i przemarszach. One są wszystkie cholernie podobne do siebie, i o ile nie testuje się na nich jakiegoś nowego sprzętu albo ciekawych myków, to raczej nie ma sensu ciągle się tu powtarzać

Próbujemy nowych rzeczy...

Czy opisałem już wszystko? Dobrze, wiadomo, nie. Zostało mi w odtwórstwie jeszcze dobrych kilka marzeń do realizacji - nie zdradzę tymczasem jakich - tak samo jak i rzeczy bardziej prozaicznych: na sezon mam uszyć buty, zgodnie ze znanym już wzorem. Muszę poprawić tunikę i czapę pod hełm odświeżyć. I więcej, i tym podobne. Jeżeli najdzie mnie wena, to Was tym trochę pomęczę. Na razie tej weny nie mam. 

Definitywnie, Panowie, wielce zacny rocznik...

Co w takim razie tu robię? Może już wreszcie się zamknę? A, wasze niedoczekanie! Mam wenę, tyle że inną. Dopóki nie znajdzie się temat godny szerszego opisu, będę zamieszczał tu krótsze i bardziej konkretne notki. Niekiedy traktowałem ten blog jako swój dziennik: kiedy zmieniałem miasta pisałem o osobistych wrażeniach z burej codzienności, warunkach socjalno-bytowych i tym podobnych sprawach. Wiem, że przynajmniej niektórym czytelnikom z Drużyny to się nie spodobało: wszak marna to konkurencja dla bloga Mojmira i Żywii. Zamiast tego zajmę bardziej historią, książkami i wszystkim co naokoło, tudzież i drobiazgami przydatnymi w reko.

Jak zwykle się rozgadałem i jest przerost ryja nad knurem. Dziś miało być przecie króciutko: na pierwszy i wolny ogień idzie hubka lniana.

Skoro hipsterzy wrzucają zdjęcia żarcia do netu, to ja też mogę: Knury, oto wieprzek!

Z lnu będziesz ją robił i z lnu, a len materiałem na nią będzie musiał stać się w wszystkich stu procentach - albowiem zaprawdę powiadam Wam, że ze sztucznego się nie da. Dla oszczędności próbowałem ze ścinków jutowego worka - to ten ciemniejszy na zdjęciu - i nijak nie chciało zadziałać:


Jak widać na załączonym obrazku dopadło mnie rozluźnienie obyczajów i szerzę mrok oraz zUoOo. Robiłem to po cywilu, w domu przy piwku i grillu. Jako narzędzie posłużyła mi metalowa puszka i przedziurawiona gwoździem pokrywka od słoika, którą zamocowałem drutem. 


Całość stawiamy w żarze na skraju ogniska. Jeżeli chcielibyśmy to zrobić historycznie, to podejrzewam że potrzeba by było glinianego garnka z leciutko uchyloną pokrywką, jak np. słowiańska ceramika typu Bobzin:


Tak się akurat składa, że mamy naczynia tego typu, a dałoby się w nich spalić parę metrów lnu. Kiedyś się wypróbuje... 

No ale właśnie: spalić? Tak, spalić! Beztlenowo. Dzięki pokrywce tlen nie dostaje się do wnętrza naczynia, z którego przez małą dziurkę pod ciśnieniem wydobywa się dym. Ważne, by dymu pilnować. On musi lecieć i lecieć, póki się nie wypali. Nie można z tym przeszarżować i stawiać puszki na środku, nie można przedwcześnie też skończyć. Jeżeli przestaje dymić, to warto nacisnąć wieczko albo przesunąć puszkę nieco bliżej płomienia. Pod żadnym jednak pozorem nie wolno Wam jej otworzyć podczas procesu spalania. Trzeba spokojnie poczekać aż puszka przestanie dymić, a potem wyjąć ją z ognia i zostawić do ostygnięcia. Nie mam pojęcia czy to przesąd czy nie, ale nie próbowałem nigdy działać wbrew tej zasadzie i wszystko jest zawsze jak trzeba...


W ten sposób z naszego lnu zostanie w końcu sam węgiel, który będzie stanowił idealną rozpałkę. Gdy padnie na niego iskra, powinien zająć się ogniem bez najmniejszego problemu. Tlącą się hubkę przenosimy na łatwopalny materiał w rodzaju siana lub trocin, sprawdza się też wysuszona pałka wodna, i rozdmuchujemy. Popatrzcie zresztą na filmik z mojego pierwszego razu:

video

Czysta radość, nieprawdaż? To prawie 10 lat temu, warsztaty wolińskie u Vislawa, grudzień 2008. Komentarz i zdjęcia - Chwalibóg...

Cóż więcej? W temacie hubki już nic. Polecam za to wizytę na academii.edu, gdzie można przeczytać parę moich artykułów, tudzież i zakup niezależnego kwartalnika historyczno-literackiego Szkoła nawigatorów, w którym znajdziecie mój tekścik o nieudanym zamachu na Bolesława Chrobrego przeprowadzonym w Merseburgu...

niedziela, 28 sierpnia 2016

Problemy sprzętowe, czyli rękawica.

Po wakacyjnej przerwie powracam do pisania. 

Dzisiaj kolejna część luźnego cyklu o sprzęcie. Wiecie, on się zużywa. Trzeba go czasem wymieniać, naprawiać, kupować nowe rzeczy. Mogę tu wspomnieć o spodniach, szytych z prostokątów i wąskich jak w ikonografii. Mają już swoje za sobą i parę strategicznych łat w miejscu, gdzie plecy szybko tracą swą szlachetną nazwę. Pasek ze Starogardu świetnie do nich pasuje:


Do tego kupiłem sobie skarpetki naalbindingowe, w okazyjnej cenie. I taką samą czapeczkę


Topór jest pożyczony, ale dobrze widzicie, że lepiej się nieco ubieram. Jestem w starszej Drużynie, pełnię urząd skarbnika i mogę sobie pozwolić na zielony jedwab. Kupiłem ostatnio też koser, który każdy Drużynnik powinien mieć w swoich sakwach. Do tego elegancka łupkowa osełka, i razem z nożem i krzesiwkiem mamy już niezbędnik.


Podobnie jest z uzbrojeniem, kolcza już nitowana, kółeczka nit-sztanca, szósteczki, jak w Starogardzie Wagryjskim.


I nowy hełm żebrowy z piękną kolczą podwieszką:


To wszystko są fajne rzeczy, o których warto tu wspomnieć, ale nie pisać osobno. Moje pantofle z Gross Raden są w stanie przedagonalnym, muszę już uszyć drugie, na razie odłóżmy to na bok. 


Dziś będzie o rękawicach! Błędów i błędów ciąg dalszy. I zero rekonstrukcji. Oto moje najstarsze, całkiem dobre i sprawne. A właściwie - Ona. Dokładnie zresztą jedna. Walczyłem w niej na Wolinie, co widać nawet powyżej na załączonym obrazku. Z bliska wygląda tak:


Uszyłem ją ponad 10 lat temu, na bazie rękawicy spawalniczej. Na nią poszła filcowa (?) wykładzina podłogowa, pod którą naładowałem ścinków jakichś szmat. Oprócz tego wszyłem lnianą poduszkę wypełnioną gręplowaną wełną i całość obszyłem skórą. Znaczy się, tymi łuskami. Porządna podeszwówka, nieraz woskowana. Przetrwała do dziś w niezłej formie...


...jednak jeśli zajrzymy na wewnętrzną stronę, ujrzymy prawdziwy ChAoS. Tam właśnie się najpierw przetarła, dziś składa się z samych łat. Dobrze chroni rękę, jednak jest dosyć ciężka i niezbyt wygodna. Nie mówiąc o tym, że brzydka. Długo myślałem o tym, czym chciałbym ją zastąpić. 

W grę wchodziły rękawice policyjne, antyterrorystyczne, takie co na kiboli, czy coś w tenże deseń. Jednak takie zabawki są okrutnie drogie, a te, co je przymierzałem, wcale nie były też jakieś szczególnie rewelacyjne. Dlatego zdecydowałem się kupić hokejówkę. Tylko jak ją przerobić? Jak to? Jeszcze brzydziej!


Zacznijmy od tego, że dla wczesnego średniowiecza rękawice bojowe - podobnie jak i karwasze! - są całkowicie niehistoryczne. Dwupalczaste rękawice kolcze pojawiają się dopiero na przestrzeni XII wieku, jednak nie występują samodzielnie, a jako przedłużenie rękawów coraz dłuższej kolczugi. Takie pancerze nosiło zamożne rycerstwo, łącząc je zazwyczaj z kolczymi nogawicami.

Rycerz z XII w. za Andrzejem Nadolskim, Broń i strój rycerstwa Polskiego w średniowieczu, Warszawa 1979, s. 65.

To oczywiście nie dla nas. Wczesne średniowiecze na Połabszczyźnie obejmuje naturalnie XII stulecie, tyle że te najnowsze osiągnięcia techniki wojskowej trafiały po pierwsze w ręce książąt Rzeszy i margrabiów, a jeśli miał je ktoś spośród naszych, to musiał chyba należeć do najmożniejszych kneziów.

Brakteat margrabiego miśnieńskiego Ottona Bogatego, 1170, w zbiorach Bode Museum w Berlinie. Rękaw krótki, czy długi? Oto jest pytanie!

Jakichś jednak rękawic we wczesnym potrzebujemy, bo zawsze to bardzo przyjemnie wszystkie swe palce posiadać. Jakie mamy wyjścia? Możemy uszyć coś takiego jak ja na początku: byle z "historycznych" materiałów, coby nie kłuło złem w oczy. Chociaż te obrzydliwe łuski i żałosne łatki... 

Jest to konieczne ustępstwo wobec mrokokoko, podobnie jak tępe miecze i ochraniacze na szczękę. Ideałem byłoby jednak stworzenie rękawic ochronnych, które z zewnątrz wyglądałyby jak rękawiczki zimowe - zrobione z wełny lub filcu, albo np. futra. Futrzane rękawiczki znamy zresztą z Połabia:

Rękawice z Ralswieku za Joachimem Herrmannem, Die Slawen..., VIII-IX w., s. 288, Abb. 136.

Podobny efekt spróbowałem uzyskać obszywając hokejówkę - a hokejówka jest dokładnie tak samo niehistoryczna jak każda "wczesna" rękawica bojowa obszyta skórą-podeszwówką! - filcem od Wojmira. Nie wyszło, jak widać, najlepiej. Wizualnie rękawica prezentuje się strasznie, gdyż jest po prostu za duża:


Na to nic nie poradzę. Ma zresztą inne zalety. Po pierwsze zapewnia bardzo dobrą ochronę. To dla mnie absolutna podstawa, bo tymi rękami pracuję i już je zdążyłem polubić. Po drugie jest dosyć lekka, poza tym jej wewnętrzna strona zapewnia wygodny chwyt. Należy jednak dążyć do ideału, zatem po jakichś trzech latach postanowiłem ją zmienić. Mogłem, jak np. Mojmir, zrobić sobie pożyczkę z nieco młodszej epoki i uszyć taką z kolczugą. Porządną, nitowaną.


One wyszły mu świetnie, są lekkie i wygodne, ale jak dla mnie osłonę zapewniają zbyt skromną. Palców Ci nie obetną, ale dość łatwo połamią. Taka już ich uroda. Poszedłem inną drogą, o której już kiedyś słyszałem. To rękawice skórzane, które swoim wyglądem powinny przypominać codzienne, takie do celów cywilnych. Obszywasz wierzch styrogumą, pokrywasz to skórą - i jedziesz! Jak to wygląda w praktyce? 


Zaczynamy od obrysowania dłoni na papierze i rozkrojenia skóry. Gdybym wcześniej pomyślał, obrysowałbym po prostu rękawicę spawalniczą. A tak, z entuzjazmem godnym lepszej sprawy wziąłem się za wyważanie otwartych drzwi. I, jak możecie zaobserwować na podstawie ilości wszytych w nią małych klinów, łatwo wcale nie było. 


Koniec końców wyszła mi jednak całkiem zgrabna rękawiczka, idealnie dopasowana do dłoni.


Doszycie do niej styrogumy, gr. 10mm, nie było już niczym trudnym. To bardzo fajny surowiec, miękki i elastyczny, wystarczy lekko naciąć i elegancko się zgina.


Jak do tej pory wszystko szło szybko i sprawnie. Testowałem chwyt na mieczu i toporze, i dobrze leżały mi w ręku. 


Schody zaczęły się przy pokrywaniu jej skórą. Nie chciałem, żeby była pofałdowana i zszyłem wszystko za ciasno...


...zostawiając jednocześnie nadmiar materiału na kciuku i przy końcu palca wskazującego.


Efekt czuć w chwycie broni, który nie działa jak trzeba. Z ochroną też nie ma szału, przetestowałem ją w praniu na Brzeźniku i otrzymawszy w bitwie standardowy strzał byłem zmuszony opuścić pole walki na jakieś parę minut. Nie tak miało być...


Z tego powodu zdecydowałem się zamówić krytą rękawicę u rzemieślnika. Wybór padł na Ryslava. Wziąłem tylko prawą.


Jest zrobiona w całości ze skóry, całkiem wygodna i zapewnia dobrą ochronę przed ciosami. Jestem z niej zadowolony. Chwyt broni ma bardzo pewny, jedynie do czego można się przyczepić to utrudniona praca nadgarstka. No, ale chodziło mi przecież o mocną i solidną rękawicę ochronną, a w takiej młyńców kręcić nie będę!


Z tego co udało mi się zauważyć, od strony wierzchu dłoni mamy grubą warstwę filcu, a potem najpierw cienkiej i później grubszej skóry. Co najmniej 5mm. Materiały jak najbardziej historyczne, a przy tym nie jest zbyt duża. Całość pokryta kolejną warstwą cienkiej skórki wierzchniej dobrze się prezentuje i sprawia oczekiwane przeze mnie wrażenie "cywilnej" rękawiczki. Co dalej? Ano, sprawdzimy ją w praktyce, niedługo już, na Bolkowie. Że co, że tu się poddałem? A Wasze niedoczekanie! 


Wezmę ten swój eksperyment spruję i wybebeszę, na styrogumę naszyję jeszcze twardy plastik, a całość wykończę filcem albo nawet futerkiem. Tak, żeby wyglądało jak rękawice z Ralswieku. To w którejś z kolejnych notek...

wtorek, 31 maja 2016

Rekonstrukcja metodą błędów i błędów*

Po obodrzyckiej przerwie wracamy do rekonstrukcji, przez średnich rozmiarów R. Tak może nie najtaniej, ale jako tako. Metodą błędów i błędów!...

Słowiańskie gargulce. Przypominam, że fotki można powiększać...

Na początku kwietnia miałem okazję gościć u w górach Mścidruga na weekendowej wyprawie. Zabawa polegała na pościgu za grupą uciekającą, a o samej imprezie noszącej równie perwersyjną jak łacińską nazwę fornicatio możecie poczytać tutaj


Przyjrzyjmy się jednak sprzętowi. Tu najważniejsze są buty, i mamy już pierwszy błąd. Nie ma się co oszukiwać, Słowianie na Połabiu po szczytach nie śmigali. Moje pantofle z Gross-Raden, przystosowane do poruszania się po lasach i podmokłych łąkach, nie poradziły sobie ze żwirem i kamieniami wyściełającymi górskie trakty. Efektem ta oto łatka, w najgorszym możliwym miejscu:


W ogóle wczesne obuwie nie jest przystosowane do wędrówki po górach. Niektórzy z nas jednak byli przygotowani lepiej i założyli na nogi jednoczęściowe chodaki. Nie mylmy ich z drewniakami, bo chodzi o proste obuwie z jednego kawałka skóry. Najlepiej zrobić je z grubej, twardej podeszwówki. To mało historyczne wyjście jeśli już mówimy o surowcu, ale można je uznać za akceptowalny kompromis. No, chyba że lubimy łatać dziurawe podeszwy...


Następną sprawą jest ubiór. Jako, że z pogodą w górach bywa różnie i zapowiadano przymrozki, zdecydowałem się wziąć dwie wełniane tuniki i takież grube spodnie. Cieńszej tuniki z wełny używałem jako podkoszulka. Podczas marszu moim wierzchnim okryciem była tunika bojowa z ręcznie wykonanego filcu. Do tego wełniany kaptur. Kaptur to podstawa. W chwilach wolnych od hełmu na głowie wełniana czapka, podobne skarpety na nogach, plus naturalnie owijki. Oprócz połabskich pantofli, strój sprawdził się bardzo dobrze.


W sobotę rano mróz ściskał a na szczytach leżał śnieg, jednak im dalej i wyżej, tym lepsza była pogoda. Do spania wziąłem duży koc z filcu od Wojmira, tego od mojej tuniki. To wielka płachta, która złożona na pół wzdłuż krótszego boku pozwala się przykryć w całości. Być może pod koniec sezonu przerobię to w zamknięty śpiwór. Co prawda nocowaliśmy przy dużym ognisku i było o wiele cieplej niż się spodziewałem, ale jak powiadają - lepiej nosić niż się prosić.  
Jak nosić takie rzeczy?


Ja całość zrolowałem razem z grubą tuniką, związałem łamiąc na dwoje i przerzuciłem przez plecy. Ma to taką zaletę, że ciężar się ładnie rozkłada i nie przeszkadza w marszu. Na długie wędrówki nadaje się dobrze. Wadą jest rozmiar naszego zawiniątka, które krępuje ruchy. Na leśnych manewrach, gdzie w każdej chwili możesz zostać zaatakowany, to niewątpliwie przeszkadza.
A zatem drugi błąd! 


Polecałbym więc to raczej przy nieco mniejszych kocach. Zauważyłem, że Mścidrug i jego ludzie zrobili inaczej. Oni też rolowali swoje posłania, ale w środek wciskali stylisko topora. Topór wiązali krajką na obydwu końcach i takie zawiniątko zarzucali na plecy. Jak widać na załączonych obrazkach, można i bez kija w środku. Oba sposoby miały taką zaletę, że mogli potem założyć na plecy tarczę, niesioną na pasie nośnym. Dzięki temu nie przeszkadzała, nie obijała się o nogi i można było po nią w miarę szybko sięgnąć.


Mój sposób jej mocowania był niestety inny i to jest trzeci błąd, na którym możemy czegoś się nauczyć. Ze względu na przerzucenie koca do spania przez lewe ramię, tarczę musiałem przełożyć przez prawe - i to w dodatku pod kocem. W momencie nagłego ataku to raczej słabe wyjście. Inaczej się nie dało ze względu na przynitowany na stałe, lity skórzany pas. Mojej tarczy z Łączyna przydałaby się więc chyba regulacja jego długości.


Podczas przemarszu rękawicę bojową, o której przez litość zamilczę gdyż już nową szyję, nosiłem zatkniętą za pasem ze Starogardu Wagryjskiego. Podobnie zrobiłem z procą, sakiewką, nożem i krzesiwem. Na głowie miałem swój nowy, piękny hełm żebrowy - jeszcze bez podwieszki. Sprawdził się doskonale. Był lekki i bardzo wygodny, ale w tej chwili z kolczugą waży już ze dwa razy więcej. Kto jak kto, ja jednak lubię swoją twarz, a nowy hełm z jej osłoną i tak dalej jest lżejszy niż stary segmentowiec oparty na panelu znalezionym w Schwerinsburgu.


Przy boku niosłem też torbę, starą, białą i lnianą. Wziąłem do niej jedzenie, bukłak i mniejsze ciuchy. Była to czapka i kaptur, który ściągnąłem kiedy zrobiło się cieplej, tudzież i rękawiczki oraz skarpety na zmianę. Z jednych i drugich nie miałem okazji skorzystać, ale dobrze że wziąłem. 


To zawsze warto mieć. Z prowiantu zabrałem ser, podpłomyki, kawał mięsa, cebulę i całkiem sporo jajek przepiórczych i kurzych. Jedzenia wziąłem za dużo, trochę mi zostało. Bukłak niestety raczej nie zdał  egzaminu, mocząc mi całą torbę i barwiąc ją winem z wodą. Nie ciekł katastrofalnie, lecz konsekwentnie przesiąkał. Przeszedł już gruntowny remont, więc może następnym razem...


Następnym razem posłanie będę niósł na trzonku od siekierki przytroczonej krajką do mojego grzbietu. Wątpię, czy zdążę sobie sprawić dobre trolloczłapy...


...ale coś zrobię z butami i zapewne z tarczą. Będę też musiał znaleźć sposób na dobry transport hełmu, który wyposażony w kolczy czepiec będzie sprawiał problemy. W dawnej Słowiańszczyźnie ludzie, których było stać na taką ochronę głowy, tudzież i na pancerz, nie mieli oczywiście podobnych dylematów. Piechotą w tym nie chadzali, zwłaszcza ot tak po górach. Wyjątkiem jest nagłe zagrożenie i sytuacje ekstremalne na wyprawach wojennych. Do takich się przygotujmy. Może i błędów mniej będzie?...

-------------------------------------------------------------------------------------------------------
* Tako rzecze Czcibor-San!

p.s.
Część fotografii autorstwa Mścidruga i naszych towarzyszy.