niedziela, 10 lutego 2019

Elementy stroju: nakrycie głowy

Nakrycia głowy dzielimy na dwa rodzaje: czapki i kapelusze. Tych pierwszych mamy zasadniczo dwie odmiany: z futerkiem i bez. Jeżeli pojedziemy na jakikolwiek wyjazd czy festiwal bez trudu spostrzeżemy, że najpopularniejsze są futrzane kołpaki. Czy słusznie?


Czapa okolona futrem noszona jest w dwóch podstawowych wariantach: niskim i wysokim. Wysoka i szpiczasta główka takiej czapki - że się w tym miejscu posłużę terminologią właściwą dla kapeluszy - jest często w światku reko łamana i dociążana zapinką podkowiastą, sam też tak kiedyś robiłem. Czy dobrze? Mam wątpliwości.

Asmund i UFO

Świetnym, i chyba jedynym znanym dla Słowiańszczyzny Zachodniej, źródłem jest drewniana główka ze Szczecina:


Widzimy tutaj wesołego obywatela w czapce szpiczastej i sterczącej, na dole szersza obwódka przywodząca na myśl futro. Dlaczego tak ostrożnie, topornie i asekuracyjnie jak z milicyjnych raportów? Ano, np. dlatego:

Żyd z Ewangeliarza Gnieźnieńskiego za Kultura Polski Średniowiecznej pod red. Jerzego Dowiata.

Czy to jest futrzana czapa? Przypuszczam, że wątpię! Bardziej przypomina filcowe nakrycie głowy dostępne u Mojmiry z Kramu Szepczące Kruki:

Fot. Kram Szepczące Kruki

Najwidoczniej pewne wzory są ponadregionalne. Warto dodać, iż na wczesnośredniowiecznej Słowiańszczyźnie tak proste formy ubioru - a dotyczy to zwłaszcza przyodziewku pospolitej ludności - były uniwersalne i w miarę jednorodne od Połabia po Ruś. Jak widać futrzana czapa to tylko jeden z wariantów:

Nakrycia głowy z Rusi: źródła, z fb Szepczące Kruki, klikaj i powiększaj!

Popularne były zwłaszcza wysokie, niekiedy nieco niższe, nakrycia głowy z otokiem u dołu:

Czapki ruskie XI-XII w., źródło j. w.

Ciekawą interpretacją tego wzoru jest czapka uszyta przez Mojmira bodajże na Grzybowo w 2008 r. To letnia lniana czapeczka obszyta na dole krajką:

Mojmir w swojej czapce

Jest ona długa, szpiczasta i obciążona na czubku brązowym okuciem, dzięki czemu załamuje się i opada na stronę. Być może sterczące stożkowe czapy wyrzezane w drewnie to tylko droga na skróty dla leniwego rzeźbiarza? Bo przecież artyście - czy raczej pastuchowi leżącemu na łące albo jakiemuś wojowi nudzącemu się na warcie! - na pewno było o wiele łatwiej wystrugać je w ten prosty sposób, niż górę czapki złamaną i złożoną na dwoje. To oczywiście domysły, bezpieczniejsze jest mimo wszystko podejście dosłowne. Z tego względu uważam, że to ciekawy eksperyment przeprowadzony w temacie, jednak przynajmniej odnosząc się do drewnianej główki ze Szczecina właściwszym materiałem byłby stojący sztywno filc:

Fot. Kram Szepczące Kruki

Innym dość popularnym wśród odtwórców rozwiązaniem jest prosta półkolista czapka przypominająca myckę:


Przy interpretowaniu źródeł ikonograficznych należy zachować ostrożność. O ile można z dużą dozą prawdopodobieństwa - i niczego więcej! - założyć, że uśmiechnięta główka ze Szczecina nosi szpiczastą czapę obszytą futrem, o tyle większość zabytków wzbudza poważniejsze wątpliwości.


Weźmy figurkę ze Schwedt, tzn. Świecia nad Odrą! W niemieckiej literaturze dominuje pogląd, że to co nasz dziarski wąsacz ma na swej łepetynie, to jakiś rodzaj filcowej pomarszczonej czapeczki. Być może coś w stylu współczesnych kapelusików wędkarskich? 

Przedstawienie jest schematyczne i oczywiście nie można mieć pewności, co też słowiański artysta miał tu akurat na myśli. Równie dobrze można owe rowki w odlewie wziąć za próbę oddania faktury włosów i odwzorowania fryzury charakterystycznej i później dla mieszkańców Połabia:

Miniatura za Ciocią Wiki, kliknij i powiększ!

W lewym dolnym rogu miniatury z heidelberskiego rękopisu Zwierciadła Saskiego (ok. 1300 r.) widzimy Słowianina w owijaczach na łydkach i ostrzyżonego w sposób wyraźnie odmienny od Sasów noszących długie plerezy. Nasz człowiek ma bujną szopę, ciętą od gara nad uchem. Tak samo jak ludzik ze Schwedt? Podobny problem sprawia wizerunek rugijskiego wielmoży, najpewniej kapłana, wmurowany w ścianę kościoła w Altenkirchen: 

Przerys nagrobka wg Janiny Rosen-Przeworskiej, Ubiór na ziemiach polskich w okresie wczesnego średniowiecza, Polska sztuka ludowa 8, 1954, z. 1, s. 22, ryc. 15.

Fryzura czy może mycka - oto jest pytanie! Ciekawym źródłem jest przerobiony na zawieszkę srebrny brakteat z Teterow:

Ewald Schuldt, Wilhelm Unverzagt, Teterow, ein slawischer Burgwall in Mecklenburg, Berlin 1963, Taf. 110b.

Widzimy na nim schematycznie oddaną postać w płaszczu zarzuconym na ramiona i półokrągłej czapce, spod której wystają włosy. Czy to na pewno czapeczka? A może na przykład hełm z niskim dzwonem w formie półkola? Ostatecznie to tylko parę kresek, pewności mieć nie będziemy...


Co jednak z kapeluszami? Żywoty św. Ottona, Ebo, lib. II, c. 13, wspominają o charakterystycznych nakryciach głowy tego typu z Pomorza na marginesie opowiastki, jak to diakon Herman przebrał się za Pomorzanina, zakładając kapelusz i płaszcz barbarzyński. W "szczytnym" zaprawdę celu, bo nie chciał wyróżniać się z tłumu wiernych miejscowemu kultowi, aby tym łatwiej dotrzeć do ukrytego sanktuarium Trzygłowa i splugawić jego złoty posążek. Jeżeli wierzyć hagiografowi, kamuflaż podstępnego mniszka okazał się niestety aż nadto skuteczny...

Odłóżmy na bok Hermana. Jak takie kapelusze mogły w ogóle wyglądać? Źródła pochodzą z Rusi i proponuję raz jeszcze zerknąć wyżej na zbiorczą ilustrację z Kramu Szepczące Kruki. Bliżej wygląda to tak:


Tzw. Światowida ze Zbrucza nie muszę chyba przedstawiać. A oto i idol nowogrodzki:

Wg Janiny Rosen-Przeworskiej, Ubiór na ziemiach polskich w okresie wczesnego średniowiecza, Polska sztuka ludowa 8, 1954, z. 1, s. 15, ryc. 8

Jak widać jego kapelusik jest prosty oraz gustowny na tyle, że został nawet użyty przy rekonstrukcji wyglądu kniazia Jarosława Mądrego:

Rekonstrukcja twarzy Jarosława Mądrego na podstawie czaszki, fot. za ciocią Wiki

Sam jestem właścicielem podobnego kapelusza wykonanego z ręcznie filcowanej wełny i bardzo go sobie chwalę. Noszę go nie tylko do stroju historycznego... 


...ale i po cywilu, np. podczas wycieczek...


...ewentualnie na saunę. Z niej fotek już nie pokażę!

Warto zwrócić uwagę, że również na przedstawieniach z Drzwi Gnieźnieńskich
(XII w.) można wypatrzyć bardzo ciekawe kapelusze:

Kliknij i powiększ. Fot. za znaleziska.org

Noszą je Żydzi handlujący niewolnikami ukazani po lewej, w scenie przedstawiającej jak św. Wojciech napomina czeskiego księcia Bolesława II, który na ów niecny proceder w swoim państwie przyzwalał. Warto zwrócić uwagę, że zarówno zakuci w kajdany niewolni jak i stojący u boku księcia drużynnik nie noszą nakryć głowy ze względu na szacunek okazywany dostojnikom. U Żydów jest odwrotnie, tzn. szacunek dla sacrum manifestują oni pozostając w nakryciu głowy, a prawdziwy ortodoks nie ściąga swojej jarmułki nawet pod prysznicem. Bóg jest w końcu wszędzie. Nie odbiegajmy jednak zbytnio od tematu...

Pośrodku Dagr w kapeluszu

Jak zgodnie twierdzą autorzy zajmujący się problematyką ubioru dawnych Słowian, proste elementy stroju pospolitej ludności nie odbiegały od siebie formą na całym obszarze zamieszkanym przez naszych przodków. O tym, że jednym z tych elementów był na pewno kapelusz, świadczy fragment opisu intronizacji słowiańskich książąt karynckich, których na tę okoliczność ubierano w tradycyjny chłopski strój:

...i nakładają mu szarą suknię i opasują czerwonym pasem, a do tego wielką czerwoną torbę […]. Wkłada mu się także czerwono naszywane obuwie i szary płaszcz, i nakłada na głowę szary wendyjski kapelusz z szarą sznurkową obwódką...

(Tzw. Schwabenspiegel, o intronizacji książąt karynckich, tłum. Gerarda Labudy w: Słowiańszczyzna starożytna i wczesnośredniowieczna…, s. 97-98).


Nie dość więc, że kapelusz, to jeszcze z sznurkową obwódką! Czyżby coś na styl tradycyjnego myśliwskiego kapelusika z piórkiem? Utnijmy te spekulacje i pokażmy źródła z Połabszczyzny. Oba znane mi przedstawienia pochodzą z czasów późniejszych, jednak kapelusz jaki jest każdy widzi i jego forma nie różni się radykalnie od przedstawień z Rusi.

Za Frankiem Wietrzichowskim, Der Slawische Burgwall mit Vorburgsiedlungen von Parchim, Lkr. Parchim, JBM-V 2009, wyd. 2010, s. 174, 200, Abb. 2.

Pierwszym zabytkiem jest rękojeść noża z osady w Parchim, pochodząca z warstwy datowanej na ok. 1200 r. i określanej przez Franka Wietrzichowskiego jako późnosłowiańska (jungslawisch)/wczesnoniemiecka. Zdaniem autora artykułu jest to wytwór miejscowego rzemiosła, który miał imitować luksusowe produkty zachodnioeuropejskie. O tym, czy imituje także zachodnioeuropejskie kapelusze niestety nie mogę przesądzić. 

Rękojeść pochodzi w każdym razie z miejsca i czasów, kiedy na Połabszczyźnie żyli jeszcze Słowianie, a jej ornamentyka - zwłaszcza guziczki podobne do spotykanych na wcześniejszych kościanych grzebieniach z Połabia - wskazuje na styl słowiańskich rzemieślników.


Drugi obrazek to ogólnie znana płaskorzeźba z Ratusza w Großbrembach, pochodząca z 1579 r., a podkreślająca braterstwo mieszkających tam wówczas Niemców i Słowian. W tym miejscu w roli okładki książki Jerzego Strzelczyka. Jak widać oba kapelusze różnią się od ruskich przede wszystkim kształtem główki, która jest bardziej kanciasta, szersza, a jej szczyt płaski. Rekonstruując Słowianina Połabskiego z IX-XI w. skłaniałbym się oczywiście ku zastosowaniu bardziej archaicznego, a zatem ogólnosłowiańskiego i niewątpliwie mniej skażonego zachodnimi wpływami wzorca z Rusi. 

W ciągu kolejnych stuleci wczesnego średniowiecza obce wpływy oraz rodzące się odrębności regionów Słowiańszczyzny na pewno przybierały na sile i gdybym  chciał odtwarzać jednego z obrońców Arkony, zastanowiłbym się nad formą bardziej zbliżoną do tej wyobrażonej na rękojeści z Parchim, zapewne wybierając coś pomiędzy nią a zgrabnym kapelusikiem idola z Nowogrodu.


W literaturze przedmiotu panuje zgoda, że Słowianie nosili także kapelusze słomiane, zwłaszcza w słoneczne dni latem. Szkoda więc, że nasi rekonstruktorzy (hehe...) tak rzadko sięgają po kapelusze! Również wśród osób odtwarzających dawnych Skandynawów kapelusz to istny rarytas, i chyba nawet nie skłamię jeśli w tym miejscu napiszę, że nigdy go nie widziałem. A przecież jednym z głównych atrybutów Odyna jest kapelusz z szerokim rondem! 

Dlatego zaapeluję: nośmy kapelusze! Nie dość, że ich używanie na wczesnośredniowiecznej Słowiańszczyźnie jest świetnie potwierdzone w źródłach pisanych i ikonograficznych, to jeszcze są przecież wygodne i fajnie wyglądają. Niestety, dzisiaj nawet latem i tak wszyscy śmigają w wielkich futrzanych czapach. Najwyższy czas to zmienić...

------------------------------------------------------------------------
Wszystkie fotografie zamieszczone w tekście są własnością autora bloga, chyba że podpisano inaczej.

poniedziałek, 31 grudnia 2018

Od Rękawki do Owidza

Sezon, sezon i po sezonie.

Martwota panująca tu na blogasie od kilku miesięcy nie oznacza bynajmniej, że nic się nie dzieje. Działo się, i to sporo, w tak zwanym międzyczasie...

Rękaweczka...

Z osobistej próżności wspomnę o VI Kongresie Mediewistów Polskich, na którym miałem okazję wygłosić referat o taktyce Słowian Połabskich, tudzież wraz z prof. Piotrem Boroniem poprowadzić bardzo udany panel dyskusyjny o rekonstrukcji historycznej z udziałem m. in. moich drużynników, a także Tais'a (Tomka) z Biełoboha.


Dlaczego niby udany? Dowiedziałem się otóż, że my jako odtwórcy jesteśmy przede wszystkim pewną subkulturą, a jeśli czymkolwiek więcej, to dopiero po tym. Już kiedyś brat śmiał się ze mnie, że całe to szycie ciuchów, miecze, topory i bitwy, to tylko zasłona dymna, pretekst by sobie popić: prawie jak wędkarze. Wcześniej to tylko przeczuwaliśmy, dzisiaj mamy już pewność: reko to patologia! Subkultura knura?


Kiedyś - pamiętam te czasy! - byliśmy właściwie taką (pod)subkulturą metali. Praktycznie każdego na grodzie można było opisać ten w długich włosach i z brodą. Po treningu chodziło się zawsze do strefy 0, słuchało się Amon Amarth, piło się komandosy. Dziś dziadkiem jeszcze nie jestem, lecz zwykle chodzimy w dresikach i mniej lub bardziej na łyso.

Z życia (sub)kulturalnego, czyli Sylwester z Czciborem

Słuchamy ruskich hard bassów, Little Big, Figo Fagotów. Stoimy sobie pod blokiem. No dobra, to wszystko dla beki: KATa uwielbiam do dzisiaj...


Druga sprawa, która bardzo mnie cieszy, to powrót do regularnych treningów w świetnie wyposażonej sali i napływ w szeregi Pancernych Knurów kilku nowych, niekiedy całkiem obiecujących, kandydatów. Na temat naszych treningów napiszę zresztą na pewno jakiś odrębny tekst.


Dziś jednak sięgam za pióro - no dobra, siadam do kompa - by stworzyć małą kronikę ostatniego sezonu. Obecny rok był okresem, w którym większości z nas udało się załatwić wiele prywatnych spraw utrudniających dotąd udział w większej ilości wyjazdów, zregenerować sprzęt bojowy, przezwyciężyć stagnację i powrócić do ćwiczeń innych niż sama siłownia. Jak się te wszystkie drobiazgi przełożyły na sezon? Ano, posłuchajcie!...


Na początku była Rękawka. Impreza organizowana pod kopcem Krakusa to stały punkt programu. Tak jak symboliczny rzut włócznią otwierał starcie w bitwie, prawdziwym otwarciem sezonu zawsze jest bitwa pod kopcem. Nie będę tu tracił czasu na ogólną charakterystykę imprezy. Kto bywał ten wie, a kto jeszcze nie był, powinien się tam pojawić, względnie obejrzeć zdjęcia i poczytać relacje na oficjalnej stronie organizatorów. My przejdźmy jednak do tego, co nas najbardziej tam interesuje, i po co jeździmy. Do walki...


Nie da się ukryć, że większość wojów jest mocno wyposzczona po zimowej przerwie, i jedzie na Rękawkę po to żeby się pobić. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie często powtarzający się fakt, iż z tego entuzjazmu co poniektórzy wojowie tracą zdolność racjonalnego myślenia.


Osobny problem to tacy, którzy jej nigdy nie mieli. Bywa, że do bitwy wychodzą ludzie nie potrafiący walczyć lub z absurdalnym orężem, np. toporem-wędką o drzewcu na ponad 2m. Niektórzy tacy artyści potrafią połączyć w jedno wszystkie te negatywy. Tak było choćby w tym roku, wobec czego przytoczę celne słowa naszego przyjaciela, Kniazia Lubomira Aleksandrowicza:

...to była pechowa Rękawka mój Einar dostał w kark że wylądował w karetce , Bogupał w kark aż mu światło zgasło tak samo Szacun . Wszystko duny 😕 Nie licząc Bronka który chroniąc dzieciaki dostał w goły łeb za linami aż go krew zalała [...] sam dostałem od gościa dunem w twarz ale ktoś mu go zbił i było spoko drugi zapukał mi w hełm od tyłu i było spoko ale rąbanie na przepadłe od tylu byle tylko przykurwić i zgasić światło gdy wystarczy zapunktować to nie problem pancerza tylko...

Bardzo emocjonalny komentarz, ale trzeba przyznać Lubomirowi rację i przypomnieć w tym miejscu pewną prostą prawdę. Uwaga, cytuję Fradmara:

Kto walczy naprawdę dobrze, potrafi walczyć bezpiecznie. A kto nie umie, ten frajer.

Takiego natomiast dowódca nie powinien wypuszczać do bitwy. Miejmy więc nadzieję, że na przyszłej Rękawce wodzowie będą rozsądniejsi, a ludzie lepiej wyszkoleni i trzeźwi. Oczywiście w trakcie walki...


Nie tylko Rękawka okazała się pechowa. Następną imprezą był Santok. Nasz pierwszy raz w tym miejscu, podróż passato-drakkarem przebiegła z niespodziankami. Krótko i węzłowato, zgubiliśmy się! Kiedyś to było, a teraz jakiś remont, objazd, GPS - kurła! - nieaktualny, a po drodze blokady na drodze i labirynt Lidla. No i się spóźniliśmy na turniej indywidualny, a tam można było piniążki nawet zarobić. Somsiedzi zgarnęli, my nie...

  
Prawdziwa podróż w czasie - minus 10 lat w reko. Pięknie się wyróżniali sprzętem co poniektórzy: skórzana pikowana przeszywa, hełm z Vendel grób XIV taki jak kiedyś miał Beinir, pierścienie jebitne na walczącej ręce, plus skrajnie oczojebna czerwona tarcza wyglądająca jak zrobiona z dupy od krzesła. I jeszcze do tego bizanty. Tak, właśnie! Jak w Starej Baśni...


Potem bitwa. 30+ stopni na dworze, a tu nam każą stać i słuchać nagrania z taśmy. Inscenizacja była taka sobie, jedyne co mi się podobało to udział konnicy, jak ładnie ci kozacy - TAK, w mordę elfa, kozacy! - dojeżdżali Wichmana. Następnie fajna bitewka i pokaz dżygitów. Każdy przepocił swoją przeszywkę na wylot, na hełmach jaja można było smażyć, a w gaciach...

 

...co kto ma. Później biba. Żarcia żadnego nie dawali, a szaszłyki na wagę chodziły za 90zł jak sobie kto brał od serca! Na szczęście dawali chlanie. A potem grał Skaner...


Później już tylko piwko, cebrzyk, zwyczajowa degrengolada. Jak zawsze w naszym obozie! I napój piwopodobny marki kustosz z biedry. Oj, tego to wszędzie pełno. Z wiadra do oporu! Nawiązaliśmy takoż kontakty polityczne, ogólnie było przyjemnie. Rano pobudka, kop w dupę od otaczającej rzeczywistości - i paszoł w Passata, do domu. Kustosza nikt nawet pić nie chciał...

Miejsce? Mieszane uczucia. Z jednej strony ślicznie, nad rzeką. Piękno, przyroda, natura. Turyści i disco polo kiszą się gdzieś za mostem, a u nas błogi spokój. Z drugiej widziałem wcześniej ich oficjalną mapkę, miało być jakieś grodzisko - delikatnie mówiąc, bo na obrazku był po prostu gród, z wieżami i palisadą. Tymczasem się okazało, że była to propaganda...


No i to chyba tyle. Mimo wszystko trochę się pobiliśmy, bitwa na patelni nas wykończyła jak trzeba, z wiadra piło się fajnie - wyjazd 6/10. Gdybyśmy się nie spóźnili, to pewnie byłoby lepiej...

Następny w kronice jest Owidz. Zajechaliśmy ok. 23, przebraliśmy się w chacie i poszliśmy pić. Obiekt jest wprost przepiękny, wspaniały i wypasiony! To chyba najlepiej zrobiony gród, w jakim kiedykolwiek byłem. Porządny wał, fajne chatki skupione wokoło dziedzińca, chodniki drewniane, miejsce na ognisko. Z jednej strony nie ciasno, z drugiej - kameralnie i przytulnie. Miejsce do walki też jest zrobione jak trzeba, poza tym pod grodem jest karczma, kibel, prysznice, scena...

Gród w Owidzu, fot. Ulfhednar

Handel - parę kramów, w tym Ryslav. Żona Xawerego sprzedawała owijki ręcznie tkane. Można się było targować, kupiliśmy z Mojmirem. I trochę nawet szkoda, bo trzeba było z Czcibim brać trzy pary, to większa zniżka by była. W każdym razie poziom rzemiosła wysoki i fajne mieli rzeczy, w cenach prawie że znośnych.


Program: był konkurs strojów, pomyślałem - a, wyjdę. Poopowiadałem co mam na sobie, zaskoczył mnie poziom tego jak ludzie się przygotowali. Był tam np. typ odtwarzający chłopa z motyką, narzędziami, plecakiem i... niezłą naprawdę wiedzą. Moim zdaniem to on powinien dostać tę szklankę z Birki, co za nagrodę robiła. W każdym razie ciekawe doświadczenie i za rok na pewno się fajnie przygotuję.

  
Potem rzuty oszczepem, porzucaliśmy sobie żeby się rozruszać przed walką. Bohurt: wyszedł Mojmir. Walkę z Boguszem widzieliście wszyscy, Czcibi na fejsa wrzucał. A kto nie widział, niech patrzy. Bogusz to twardy zawodnik, tyle że Mojmir nadrobił sercem do walki.


Cóż rzec? Czapki z głów! Jak po utracie miecza naparzał go toporem i blokował ciosy styliskiem trzymanym w obu rękach nad głową, by zaraz skrócić dystans i go dojechać... poezja!

Fot. Ulfhednar

Potem turniej na punkty, tudzież inscenizacja. I tutaj przestaje być miło. Był tylko jeden dowódca i tylko jeden facet, który wiedział co robić i miał cały plan w głowie. I była to JEDNA osoba. Pech chciał, że my byliśmy w tym DRUGIM oddziale. Staliśmy 1,5h jak te ciecie pod bramą, nie wiedząc co się dzieje. Zapytać też jak nie było, bo główny mistrz ceremonii odprawiał wtenczas obrzędy.


Rozumiem, że czekaliśmy aż zrobią te rytuały, ale powinien być przecież wyznaczony ktokolwiek, kto będzie wiedział co się dzieje i kiedy. To ewidentny minus dla organizatorów i niedociągnięcie.

Fot. https://www.facebook.com/events/625765721093387/

Na domiar złego kiedy już zaczęliśmy się bić, zaraz rozpętała się burza. Przestało padać i kropić prawie dokładnie wtedy, kiedy my przestaliśmy. Taki podarek od losu. Pozbawieni początkowego entuzjazmu, z obowiązku poszliśmy do bitwy i zdekompletowanego turnieju piątek. U nas wszyscy walczą i zawsze wychodzimy - nawet jeśli wyłącznie aby obskoczyć baty.


Tak właśnie było tym razem, przegraliśmy w średnim stylu. Jeżeli chodzi o poziom walki, to jak najbardziej na plusie. Potem koncert folkowy jako rozgrzewka przed chlaniem, tudzież i główna inba. Co ja wam tu będę ściemniał? Od starych czasów Braniewa nie byłem na czymś tak epickim! Szczegóły zatrzymam dla siebie, fotorelacji nie będzie...