niedziela, 17 kwietnia 2016

Obodrzyce!

Kim byli Obodrzyce?

Wszystkie szkice - rys. Zbyszek Larwa. Warto powiększyć ;)

To dawny lud słowiański, zamieszkujące obszar na styku dzisiejszych niemieckich landów: Szlezwika-Holsztynu i Meklemburgii-Pomorza Przedniego. Mieszkali tam jako wolni ludzie przez ponad pół tysiąca lat, tworząc własną kulturę, organizacje polityczne, tudzież budując piękne, sławne i wielkie grody


Tak oto pisał o państwie obodrzyckim pod panowaniem knezia Nakona żydowski kupiec z Hiszpanii, Ibrahim Ibn Jakub:

Z krajem Nakona sąsiadują na zachodzie Sakson i część Murman. Krainy jego [są] tanie co do cen i obfitują w konie. Z nich eksportuje się [je] do innych krajów. Posiadają oni pełne uzbrojenie z pancerzy, hełmów i mieczy. Wojska nie docierają w głąb krain Nakona, chyba tylko z ogromnym trudem, ponieważ cały jego kraj [jest] zabagniony, [pełen] zarośli i błota.
(Słowiańszczyzna starożytna i wczesnośredniowieczna: antologia tekstów źródłowych, pod red. Gerarda Labudy, Poznań 2003, s. 147)

Majdan Starogardu Wagryjskiego wg Europas Mitte um 1000

Sama nazwa ludu nie jest jednoznaczna. W nauce przypuszcza się, że pochodzi od Odry, nad którą w pewnej etapie wędrówki na Obodrzyce mieli swoje siedziby. W zależności od tego, kogo mamy na myśli, możemy mówić o plemieniu Obodrzyców właściwych albo o całym ich państwie lub federacji plemiennej. 


Oprócz najważniejszego, które nadało jej nazwę, składały się na nią ludy Warnów, Wagrów i Połabian. Do tego dochodziły czasem różne pomniejsze plemiona podbijane nieraz przez obodrzyckich władców, a żeby jeszcze bardziej skomplikować sprawę, wrzućmy do tego wora południowosłowiański odłam Obodrzyców, którzy mieszkali sobie gdzieś nad brzegami Dunaju.

Rozmieszczenie i główne grody Wagrów, Połabian i Obodrzyców wg Mieczyslawa Grabowskiego, Zur slawischen Besiedlung in Wagrien und Polabien, w: Siedlung, Kommunikation und Wirtschaft im westslawischen Raum: Beiträge der Sektion zur slawischen Frühgeschichte des 5. Deutschen Archäologenkongresses in Frankfurt an der Oder, 4. bis 7. April 2005, hrsg. von Felix Biermann, Langenweißbach 2007, (=Beiträge zur Ur- und Frühgeschichte Mitteleuropas, 46),
s. 191-198, Abb. 1. Ach, te niemieckie tytuły!... Mapkę trzeba powiększyć.

Nas dzisiaj interesują inni Obodrzyce, mieszkający w pewnej małej wiosce na skraju Imperium. Jak zwykle niepodbitej i stawiającej opór! Oni nie mają co prawda magicznego napoju, bo to jest inny komiks. Właśnie - o Obodrzycach.


Komiks dopiero powstaje. Rysuje go Zbyszek Larwa, autorką scenariusza i całego pomysłu jest za to Ela Żukowska, która pewnego pięknego dnia postanowiła zgłosić się do mnie po konsultację historyczną. Na czym to polega?


Po pierwsze mamy historię. Wszystko zaczyna się po śmierci wielkiego księcia Gostomysła w walce z Frankami i podziale jego państwa pomiędzy możnych. To okres wieków ciemnych w historii Obodrzyców, czas dla którego istnieje bardzo niewiele źródeł. Nie tylko u nich nastała chwila rozkładu stosunków społecznych i rozpadu dawniejszych systemów politycznych. Rok 843 to pora traktatu w Verdun i podziału monarchii karolińskiej pomiędzy trzech władców. Jeden z nich, Ludwik Niemiec, był właśnie przeciwnikiem naszego Gostomysła.

Jeźdźcy karolińscy za niemiecką wikipedią :)

Połowa IX w. to również epoka sojuszy i szerszych koalicji przeciwko państwu Franków. Gostomysł szukał porozumienia z duńskim królem Horikiem. Ludwik wiedząc o tym postanowił nie czekać, przekroczył więc Łabę razem z ekspedycyjnym frankijskim pospolitym ruszeniem, obległ gród Gostomysła i pozbawił go życia. Obodrzyce stracili swojego przywódcę, a w kraju zapanował chaos spowodowany rozpadem ogromnego władztwa na podstawowe dzielnice: ziemię Obodrzyców właściwych, Połabian, Warnów i Wagrów.


To tło dla naszej historii. To jednak nie jest komiks o wielkiej polityce, i jeśli ktoś się spodziewa nudnej wyliczanki kolejnych przedstawicieli różnych lokalnych dynastii i pretendentów do władzy - ten się na szczęście zawiedzie. 

Wolin 2015, promocja komiksu

Chodzi o wierność realiom i dobre oddanie klimatu całej epoki, a nie o pseudoedukacyjną ramotę dla szkolnej, znudzonej dziatwy. Ten komiks nie jest zresztą żadną bajeczką dla dzieci, a seksu i przemocy na pewno nie zabraknie. Morderstwa, swary, intrygi, w tle wielka polityka. Kryminał łamany przez thriller sprzed ponad tysiąca lat. Jak to wygląda w praktyce?


Oto wchodzimy w słowiańską społeczność na wyspie Wębrzy, w chwili gdy ludziom wiadomy jest już los Gostomysła. Nasza niewielka wysepka leży na uboczu, na skraju kraju Wagrów i ziemi starogardzkiej. Co to za ludzie w ogóle? Jak żyją, czym się zajmują, kto u nich ma autorytet? 


Gdzie miejsce dla ich religii, jak sami chcą sobą rządzić, gdzie się zbierają na wiecu? Co komu i kiedy wypada, jakie tam u nich obrzędy, wierzenia, przesądy, mentalność? Co zrobią, gdy któryś z nich zginie, gdy umrze, jak zdradzi wspólnotę? Tego rodzaju pytania czekają na każdym kroku!


Oprócz kultury duchowej mamy też materialną. Tu też zwracajmy uwagę: jak ubierali się ludzie?


Z czego jedli i pili? Czym komu lubili przywalić?


Na czym zwykli byli pływać, aby się wybrać na ryby?


To zresztą jest dobry przykład historycznych realiów. We wczesnośredniowiecznym rybołówstwie prócz sieci i różnych pułapek używano oszczepów. Ryby bywały olbrzymie i warto było mieć na nie coś solidnego pod ręką. Czy jednak widząc oścień o tak fantastycznym kształcie, nie zakrzyknęlibyście, że rozpowszechniamy tu mrok?


Nic jednak bardziej mylnego, i proszę bardzo - Corpus...!

Oścień z obodrzyckich terenów za Corpus...

Na tym to właśnie polega, żeby tego rodzaju ciekawe szczegóły znalazły się w naszym komiksie i mogły cieszyć oko. To komiks słowiański, połabski, a zwłaszcza - Obodrzycki. W najlepszym znaczeniu!


Nie jest to zresztą projekt jednorazowy, bo w planie są cztery części - jak cztery pory roku i twarze Świętowita. Wojna dopiero nadchodzi, szykują się wielkie wyprawy, a zimny wicher z Północy przynosi nowe wieści od króla Horika. Wieści nadejdą już w maju, tymczasem zapraszam wszystkich na Wolin do strefy czytania. Tam sobie powiemy coś więcej!...

z Autorką na Wolinie 2015 r.

czwartek, 3 marca 2016

Zakrzów-Kotowice

Jest taka mała stacja, którą mijam codziennie gdy jadę do roboty. Przystanek w środku lasu, ciemnego i podmokłego. Kiedy przejeżdżasz pociągiem, to nie ma w tym miejscu zasięgu. To właśnie mnie przekonało, że warto się udać w te strony. Nieopodal znajduje się starorzecze Odry, które jeszcze miesiąc temu wyglądało tak:


Wtedy stwierdziłem, że można by się nawet kiedyś tam przekimać. Chwalibóg takoż był chętny. W ten sposób zrodził się projekt Granica na Odrze. Zgłosiło się wiele osób, a skończyliśmy we czterech. Chwalibóg był historycznie, a Bober i Kacper cywilnie, to znaczy - survivalowo. Obyło się bez wielkiej bitwy, poza tym wszystko jak trzeba. No, może prawie wszystko. To robi pewną różnicę.


Na przykład - temperatur. Jak widać na załączonym obrazku, mróz był już tylko wspomnieniem. Pomimo to wziąłem wszystko, co zabrałbym gdyby było minus 20 stopni. Zróbmy więc wyliczankę, która pouczy nas nieco, co warto taszczyć ze sobą.

Po pierwsze trzy tuniki. Z wełny, bo len jest na lato. Najcieńszą włożyłem do spodni, grubych, porządnych, wełnianych. Drugą nałożyłem na wierzch i na dzień mi wystarczyła.


Do tego oczywiście buty, skarpety, owijacze i barbarzyński* kapelusz z filcu, kupiony na Wolinie. Pas ze Starogardu Wagryjskiego, nożyk, krzesiwo i hubka. Bukłak, kord oraz krajka. Płaszcz z wełny takoż zabrałem i, razem z trzecią tuniką, użyłem go nocną porą. Na czym ja tam leżałem, czym się przykryłem do spania?


Rzecz pierwsza to skóra z foki, nabyta niegdyś w Norwegii, gdy jeszcze to było legalne. Po drugie, to szare na wierzchu, to karimata filcowa. Filc ręcznie tkany w Indiach dostępny jest w kramie Wojmira. Z niego mam czwartą tunikę, którą zabrałem ze sobą. 


Używam jej pod kolczugę i w zimniejsze nocki. Tej nocy nie założyłem, przywiozłem ją zatem na próżno. Podobnie z kapturem skórzanym, bo na tę temperaturę w sam raz wełniany wystarczył. Tak samo zimowe rękawiczki i czapkę wełnianą dzierganą naalbindingiem odłożyłem na bok. Z kolei koc nie był prawdziwym kocem, lecz kawałkiem wełny, z którego uszyję tunikę. To znaczy, że był on za cienki i w nocy trochę pomarzłem. Gdzie żeśmy spali? W szałasie!


Suchego drewna tam w bród. Za pokrycie dachu posłużyła leśna ściółka, podłogą było sitowie.


Ścinałem je kordem z Dymina, którego rękojeść będzie zresztą wymagać drobnej konserwacji. Absolutną porażką okazała się za to moja użytkowa siekierka, której żeleźce mi spada. Z tym muszę naprawdę coś zrobić, bo się tak kiedyś zabiję. O pracy już nawet nie wspomnę. Na szczęście niektórzy przynieśli nieco lepsze narzędzia. Ziomkowie siedzący obok zrobili tarpa z plandeki. 


Bober wykopał dakotę. Rozpaliliśmy ogień. Myśmy robili krzesiwem historycznym z lnianą hubką, kładąc ją na trociny i korę brzozową. Bober z Kacprem współczesnym wojskowym i bawełną, rozpalając gałązki w metalowym kubku. Jako, że wszystko było przemoczone, wyszło z tego o wiele więcej dymu niż ognia. Warto też zauważyć, że średniowieczne krzesiwko nie jest wcale gorsze od tego co robią dzisiaj.


Kiedy mieliśmy już schronienie, nadszedł czas by pomyśleć o jakiejś części kulturalnej. Porzucaliśmy się troszkę oszczepami, przeszliśmy się po lesie i postrzelaliśmy z procy. Zrobiłem ją na podstawie znaleziska z wczesnośredniowiecznego Szczecina. Wystarczyło nieco zmodyfikować starą podeszwę dawno nie istniejącego buta. Te nacięcia pośrodku to jest dobra rzecz.

Rys. za: Anna Bogumiła Kowalska, Wczesnośredniowieczne proce ze Szczecina – groźna broń, skuteczne narzędzie czy dziecięca zabawka?, Materiały Zachodniopomorskie NS, t. IV/V, 2007/2008, z. 1, s. 151-166.
 
Wieloletnie chomikowanie starych ścinków skóry po różnych torbach schowanych w łóżku wreszcie się opłaciło!


Nie powiem, żeby efekty były powalające. To może nawet i dobrze, bo w końcu żyję i piszę, a do strzelania hełmu jednak nie zakładałem. Powiedzmy, że potrzebuję jeszcze sporo praktyki i zauważmy ostrożnie, że raz na kilka strzałów zdarzyło mi się by kamień poleciał w tym kierunku, co akurat chciałem. Aby wesoło zakończyć tak mile spędzony dzień trzeba mieć jakieś żarcie, łamane przez chlanie. 


Zabrałem nowiuśki bukłak, a miałem w nim wodę z winem. W sam raz by pić przy robocie, więc poszło mi bardzo szybko. Bukłaczek lekko przesiąkał, po dolnym szwie i przez szyjkę. Więcej jednak wypiłem niż wykapało na ziemię. Na noc w cywilnym plecaku miałem schowaną flaszkę, tudzież i kaszę z sosem. Jęczmienną, ostrą i z mięsem. Ta zaś się znajdowała w bardziej stosownym naczyniu.


Obawiałem się trochę, czy rekonstrukcja garnka z Groß Raden sporządzona przez znajomego Fradmara wytrzyma ten test. Podgrzałem sobie w nim kaszę w bardzo prosty sposób, do czego też się przydały zimowe rękawiczki. Kiedy po stronie ogniska zaczynało bulgotać, po prostu kręciłem garem. W ten sposób osmalił się cały, a kasza ładnie przygrzała.


Chwalibóg dodatkowo wrzucił na ruszt królika, więc nic nam nie przeszkadzało, że lało przez cała noc...


Podobno ten nasz szałas dalej służy ludziom. Mamy więc świetną miejscówkę, na którą warto powrócić. Być może z większą ekipą...

-------------------------------------------------------------------------------------------------------
*Zob. Żywoty św. Ottona, Ebo, lib. II, c. 13. Tam to diakon Herman przebrał się za Pomorzanina, zakładając jakowyś kapelusz i płaszcz barbarzyński, aby dostać się do ukrytego sanktuarium Trzygłowa i splugawić jego złoty posążek ukryty w dziupli na posesji pewnej wdowy...