sobota, 10 sierpnia 2013

Bitwa nad Raxą

Korzystając z tego, że na ostatnią konferencję wolińską tak czy owak musiałem przygotować  prezentację, skrobnę dzisiaj słów parę o bitwie nad Raxą.




Tytuł mojego referatu brzmiał co prawda "Od Łączyna do Raxy (929-955). Wielkie i małe bitwy Słowian Połabskich", ale że i tak w tych piętnastu minutach nijak się nie zmieściłem, a to co chciałem powiedzieć niemiłosiernie przyciąłem - przycinam teraz z kolei trochę to, co tam rzekłem. 

A to co tam chciałem mówić - dzisiaj i tutaj napiszę.

Nie będę zresztą wklejać tekstu artykułu, który ukaże się już w przyszłym roku w kolejnym tomie z serii Mare Integrans. To do niczego by się na blogu nie przydało, a kto by chciał się pobawić łaciną i krytyką źródeł, da radę i beze mnie. Nie będę zatem zanudzał i przejdę do rzeczy.


Zbrojni połabscy za Joachimem Herrmannem, Der Lutizenaufstand 983 – Ursachen, politisch-militärische Vorläufer, Verlauf und Wirkungen, w: Militärgeschichte 22 (1983), s. 557.


Rzecz rozegrała się 16 października 955 roku. Korzystając z zaangażowania Ottona I w walkę z Węgrami, Obodrzyce sprzymierzyli się z plemionami wieleckimi i saską opozycją, by zrzucić królewską zwierzchność, bardzo uciążliwą. Należy przecie przypomnieć, że równo piętnaście lat wcześniej po zdradzie księcia Tęgomira musiały ją uznać wszystkie ludy słowiańskie, zamieszkujące Połabie aż po rzekę Odrę...


Bitwa na Lechowym Polu, obraz niemieckiego malarza z XIX w., za www.altiok.blox.pl.


Niestety - nie będę przecież udawał, komu nie kibicuję - 10 VIII 955 r. pancerne wojska Ottona wspomagane przez Czechów pokonały Madziarów na Lechowym Polu, a świeżo okrzyknięty przez żołnierzy imperatorem władca pospieszył ze swoją armią w kierunku północnym - na Słowian: 

I prowadził wojsko przez owe kraje niszcząc wszystko i paląc, dopóki nie został otoczony przez wrogów rozłożywszy obóz nad rzeką Raxą, z powodu bagien bardzo trudną do przebycia. Z tyłu bowiem droga zawalona była przesieką z drzew, a ta obsadzona zbrojnym oddziałem. Z naprzeciwka rzeka i z rzeką sąsiadujące bagno i z wielkim wojskiem Słowianin [Stojgniew], uniemożliwiający żołnierzom działanie i poruszanie się. A wojsko  dręczone też było innymi przeciwnościami, chorobą na równi z głodem (Widukind, lib. III, c. 53).

To jest właściwy początek, a skoro już zaczęliśmy od niego, tu trzeba się zastanowić, po jaką w ogóle cholerę pakował się Otton w pułapkę nad Raxą. I co to takiego jest...




Po lewej stronie tej mapy, zlinkowanej z niemieckiej wikipedii, widzimy oto Reknicę (Recknitz). Jak widać, wpływa ona do Zalewu Bardzkiego (Barther Bodden). Na prawym brzegu, w górnym i środkowym biegu rzeki, mniej więcej do miejsca, gdy zbliża się do niej widoczna na mapie rzeka Trebel, mieszkali Czrezpienianie. A, że po drugiej jej stronie mieściły się siedziby Chyżan - to mamy już tu dwa z czterech głównych plemion wieleckich. 

Warto też zwrócić uwagę na położony w pobliżu kolana Reknicy obszar nazwany Tribsees. Były to bowiem tereny podlegające Ranom, którzy swoje osadnictwo i wpływy polityczne przenieśli na stały ląd. 


I teraz wiemy już, dlaczego Otton przechodził przez owe kraje niszcząc wszystko i paląc, by w końcu utknąć nad Raxą. Po prostu szedł się tam spotkać z siłami sojuszników!


Z dalszej relacji Widukinda wiemy, że sprzymierzonym wojskom udało się połączyć. Co jednak było ich celem, zanim zostały złapane w pułapkę?


Mechlin, za wikipedia.de


Tego możemy się tylko domyślać, co jednak nie musi oznaczać, że błądzić będziemy na ślepo. Przeciwnie, wczesnośredniowieczna Słowiańszczyzna Zachodnia miała to do siebie, że pomiędzy olbrzymimi puszczami granicznymi tylko nieliczne przejścia nadawały się na szlaki dla wielkich armii. Szlaki te były zwykle strzeżone przez grody, bo każdy większy najazd musiał tam właśnie przechodzić. 

Z tego powodu trasy kolejnych wypraw były bardzo przewidywalne i przeciwnika łatwo było osaczyć - jak to zrobiono nad Raxą. A skoro wielokrotnie używano tych samych tras przemarszu, to znając przebieg jakiejś lepiej udokumentowanej wyprawy, której droga tak samo wiodła przez rzekę Raxę - będziemy mogli z wysokim prawdopodobieństwem ustalić, gdzie również musiała się odbyć sroga jesienna bitwa z 955 roku!


Droga Ottona III, Bolesława Chrobrego i Czechów przez Połabie w 995 r. wg Freda Ruchhöfta, Die Grenzen zwischen Obodriten und WilzenLutizen im Mittelalter, w: Siedlung, Kommunikation und Wirtschaft im westslawischer Raum... pod red. Felixa Biermanna i Thomasa Kerstinga, s. 145-159; Kliknij i powiększ.


Co w końcu mogło być celem wyprawy Ottona I? Nie bez przyczyny wrzuciłem tu ilustrację z rekonstrukcją Mechlina, jednego z głównych grodów obodrzyckich, którego opanowanie musiało mieć olbrzymie znaczenie. Powyżej widzimy trasę bardzo dobrze udokumentowanej - dosłownie, gdyż Otton III na trasie przemarszu wystawiał dokumenty! - wyprawy z 995 roku, która ten gród zdobyła. Łatwo zaobserwować, że marszruta Ottona III pokrywa się także z przebiegiem najważniejszych szlaków przechodzących przez słowiańskie Połabie:


Szlaki połabskie za Joachimem Herrmannem, Der Lutizenaufstand 983...


Domyślać się zatem możemy, że także wcześniejsza ekspedycja musiała przechodzić tamtędy, a 40 lat po wielkiej bitwie nad Raxą Otton III chętnie korzystał z doświadczeń swego wielkiego poprzednika. Jedyną różnicą pomiędzy tymi wyprawami jest strona, od której zaczęto. 

Jak widać Otto III wraz z Czechami i Chrobrym wyruszył spod Łączyna (Lenzen), aby po spustoszeniu krain obodrzyckich i lucickich powrócić do Hawelbergu. Ottonowi I łatwiej było nad Raxę dostać się od strony przeciwnej, więc właśnie z Hawelbergu musiał wyruszyć na północ. A dalej już tylko w dół Raxy do miejsca spotkania z Ranami...



Oddajmy jednak głos Widukindowi:

Gdy było już tak przez wiele dni, posłany został komes Gero do wodza barbarzyńców, którego zwali Stojgniew, aby się zdał na łaskę cesarza...

Gero powrócił do obozu i przekazał, co usłyszał [Czyli wiele obelg, wyrzuconych przez Słowianina barbarzyńskim zwyczajem zgrzytającego zębami]. Cesarz zaś wstając po nocy rozkazał, żeby ostrzałem łuków i innych machin sprowokować Słowian do walki, tak jakby chciał przekroczyć bagno i rzekę.

Słowianie bowiem, po wczorajszej groźbie [wygłoszonej przez Gerona pod adresem Stojgniewa] nie spodziewając się niczego innego, również podejmują walkę, broniąc drogi wszystkimi siłami. Lecz Gero oddaliwszy się z obozu wraz z sojusznikami Ranami na prawie całą milę i niezauważony przez wroga, szybko zbudował trzy mosty i po wysłaniu posłańca do cesarza zwołał całe wojsko.

Ta jedna mila rzymska, to na dzisiejsze ok. 1,5km. Zwróćmy uwagę, że Ranowie z Geronem te trzy decydujące o losach bitwy mosty zbudowali szybko. A mogły po nich przejechać oddziały saskich pancernych! 

Trzy mosty powinny zatem być całkiem solidne, tymczasem szczątków przeprawy na Raxie datowanej bezspornie na czas naszej bitwy, jak na razie nie odnaleziono. 


Szczątki i rekonstrukcja mostu z Teterow wg Ewaldta Schuldta za www.slawenburgen.de


O różnych mniej lub bardziej przekonujących próbach lokalizacji bitwy i zidentyfikowania domniemanych (ha!) szczątków mostu poczytać możemy w licznych i łatwo dostępnych broszurkach Lutza Mohra, ale takie problemy polecam rozważać indywidualnie, w domowym zaciszu przy piwku.

Dla mnie najbardziej przekonującym wyjściem z tej sytuacji jest po prostu obecność na Raxie rugijskiej floty i szybkie przerzucenie przez rzekę trzech mostów pontonowych. Tylko w ten sposób możliwe było w marę ciche i sprawne zmontowanie przeprawy właściwie pod samym nosem obozującego półtora kilometra stamtąd nieprzyjacielskiego wojska.


Początek bitwy nad Raxą wg Eckharda Buchholza (http://www.buchholz-art.de)


Kiedy już saska jazda zaczęła się przeprawiać, ktoś wreszcie zauważył rycerstwo Ottona. Wojowie Nakona (o jego udziale w bitwie wspomina w lib. II, c. 12 swej kroniki Thietmar) i Stojgniewa również pospieszyli wojskom na spotkanie. Piechurzy barbarzyńców przebiegli dłuższą drogę i gdy zdezorganizowani wskutek zmęczenia weszli do walki, szybko ulegli rycerstwu. Zostali wycięci bez zwłoki, gdy szukali ocalenia w ucieczce (Widukind, lib. III, c. 54).

Stojgniew zaś z jeźdźcami z wyniosłego pagórka oczekiwał na rozwój wypadków. Dostrzegając, że towarzysze rzucili się do ucieczki, uciekł także on sam, lecz został dostrzeżony z dwoma przybocznymi w pewnym gaju przez walecznego męża, którego imię brzmiało Hosed; [I tak Stojgniew] zmęczony walką oraz pozbawiony broni, skrócony został o głowę...
 
Tego dnia obóz wrogów został zaatakowany i wielu zostało uśmierconych lub pojmanych, a rzeź przeciągnęła się do późnej nocy. Potem, o świcie, zatknięto głowę „królika”[tym pogardliwym mianem kronikarz określał Stojgniewa] na pobojowisku i kiedy ścięto wokół niej głowy 700 jeńcom, również jego doradca z wyłupionymi oczami i pozbawiony języka, całkowicie bezradny, pozostawiony został pośrodku trupów (Widukind, lib. III, c. 55).


Obcięcie głowy podczas pojedynku sądowego wg Zwierciadła Saskiego, za www.schiffsmond.net

Mocne, prawda? A teraz wyobraźmy sobie te wszystkie bezgłowe ciała leżące na pobojowisku. Niekoniecznie 700, ale - tak bardzo dużo, mniej więcej. Jedno na drugim, na stosach. Poczujmy fetor tej krwi (na każdego 5 litrów) wsiąkającej w ziemię, podnieśmy oczy na głowę słowiańskiego księcia zatkniętą na włóczni i litościwie odwróćmy spojrzenie od anonimowego doradcy Stojgniewa. Tu nie ma już na co patrzeć, choć trudno nie słuchać biedaka, który w przerwach podczas dławienia się swoją własną krwią wyje i usiłuje krzyczeć resztkami wyrwanego języka...

Nie wiemy kim był ten nieszczęśnik, jednak surowa kara jaką wymierzył mu Otton z pewnością odzwierciedla charakter przestępstwa: złemu doradcy obcina się język, a wyłupienie mu oczu podkreśla zaślepienie delikwenta ogólnym złem, tudzież grzechem. Trunctatio membrorum, kara kwalifikowana wymierzana zdrajcom. Być może był to więc właśnie jeden ze wskazanych przez Ottona przed rozpoczęciem wyprawy wrogów publicznych, Sas w służbie słowiańskich książąt?

Wichman i Ekbert jak wiemy, uciekli po bitwie in Galliam. Nakonowi co prawda nie do Francji, ale też się udało. Jakie wnioski wyciągnął obodrzycki książę z poniesionej klęski?

Oto, co o gospodarce i wojsku Obodrzyców 10 lat po Raxie napisał Ibrahim

Krainy jego [są] tanie co do cen i obfitują w konie. Z nich eksportuje się [je] do innych krajów. Posiadają oni pełne uzbrojenie z pancerzy, hełmów i mieczy...


Pancerni woje wg Andrzeja Nadolskiego

 -------------------------------------------------------------------------------------------------
Wszystkie tłumaczenia Widukinda moje, zabraniam cytować bez pozwolenia. Tłumaczenie opisu tej bitwy można też znaleźć u Gerarda Labudy, Słowiańszczyzna starożytna i wczesnośredniowieczna..., o którym jeszcze zresztą nie wiedziałem jak brałem się za swoje.


poniedziałek, 8 lipca 2013

Moja tarcza z dartych desek, cz. VI: Wilczy Trop.

Jak pamiętamy z poprzedniego odcinka, do prawie ukończonej tarczy wystarczyło doczepić pętlice, ładnie ją pomalować - i jechać na Wilczy! Na początek zdjęcie całokształtu jeszcze przed malowaniem:


Najpierw naszyłem więc standardowo dwie skośne pętlice. Jedna służy za imacz, a druga trzyma przedramię. Przyszyte są nawoskowanym sznurkiem z potrójnej dratwy, a ścieg jest najkrótszy z możliwych, coby desek niepotrzebnymi dziurami nie osłabiać. Sznurek chronią podkładki z twardej podeszwówki, w których wytłoczyłem rowki dla lepszej osłony.


Tak tarcza wygląda od tyłu. Jak widać do dwóch pętlic przyszyty jest też pas na ramię. To rozwiązanie jest bardzo wygodne i pozwala uniknąć bezsensownego wiercenia w drogocennych deskach. Trawa pod wewnętrzną powłoką świetnie amortyzuje i nie potrzeba poduszki, koniecznej pod mrocznymi migdałami ze sklejki. Dwuczęściowy imacz z twardej podeszwówki okazał się świetnym rozwiązaniem.


Klamry wykułem z gwoździ jeszcze do poprzedniej tarczy. Jedynym problemem jest tutaj wytrzymałość szwów. Wiadomo, że sznur najmocniej będzie pracował w miejscach mocowania uchwytów i może się szybko przetrzeć zarówno na krawędziach desek, jak i o twardą skórę. Biorąc to pod uwagę dodałem w tym strategicznym miejscu jeszcze cieniutki rzemyczek. Na przyszłość muszę poszukać sobie porządnego rzemienia mniej więcej 2mm i przyszyć nim pętlice tak jak sznurem. To samo czeka zapewne konstrukcję, kiedy się w końcu sznur zetrze.

A jeśli już o obcieraniu mowa - zajmijmy się malowaniem!


W to nie bawiłem się jeszcze nigdy, zacząłem więc rozpytywać o temperę jajową. Ponieważ przepadł mi gdzieś przepis przesłany przez Wiedźmę, najpomocniejszy okazał się wujaszek Gugle, dzięki któremu od mnogości receptur natychmiast rozbolał mnie czerep.

Z tego powodu wybrałem najmniej skomplikowaną: pigment+żółtko+woda. Tak zresztą poradziła mi też pani w sklepie. Inni radzili mi za to, bym zdrapał lico papierem ściernym lub, w wersji ultra, piaskiem. Z tych wszystkich porad wybrałem (niestety?) pierwszą, wychodząc z jedynie słusznego założenia, iż zawsze zdążę podrapać dopiero co zakonserwowane olejem lnianym lico.

Po wstępnym pomalowaniu rzecz wyglądała tak oto:


Z początku - a złego początki są miłe! - bardzo przyjemnie zaskoczyła mnie ekonomiczność tej metody. Całą tarczę pomalowałem na czerwono z użyciem jednego żółtka, odrobinki wody i półtorej herbacianej łyżeczki pigmentu żelazowego po 8,50 za słoik. Następnie, po odczekaniu aż przeschnie, wziąłem się za wymalowanie jakiegoś fajnego wzoru.

Fot. za Klausem Grebe, Die Brandenburg vor 1000 Jahren, Potsdam 1991, s. 62, Abb. 42.

Padło na znak garncarski z dna datowanego na XI-XII w. słowiańskiego naczynia znalezionego w Brandenburgu. Efekt przepiękny, czyż nie?


No to pora testować!

W tym roku z oczywistych względów mogłem pojechać tylko na jedną, jedyną imprezę w sezonie. Wybrałem zatem najlepszą. Bo pokażcie mi lepszą, niźli Wilczy Trop!

Wilczy Trop 2013, fot. Barbara Fatyga

Nie będę tu nawet próbował niczego opisywać ani udowadniać wyższości tej imprezy nad wszelakimi innymi, bo ona żadnego udowodniania po prostu nie potrzebuje. Kto ciekaw, niech sam sprawdzi jak tam jest, dopasuje się do regulaminu i jedzie w następnym roku! 

Wilczy Trop 2013, fot. Barbara Fatyga

My się zajmiemy tu tarczą i niczym na razie więcej.


Był pewien problem z farbą, którą ją pomalowałem. Na początku myślałem, że to przez upał i przejdzie, że werniks w tym trochę pomoże i trzeba poczekać aż wyschnie. Niestety - kleiła się i złaziła i klei się jeszcze i złazi. Wszystko to nawet wtedy, gdy tylko położyć na ziemi, więc wyobraźcie sobie podróż w naszym PKP z Dagrem i Chwalibogiem. A my mówimy tu przecie również o przedzieraniu się przez leśne chaszcze, przemarszach w wysokiej trawie i oczywiście - o walce. 


Już w pierwszy dzień imprezy malunek na mojej tarczy doznał pewnego uszczerbku. Nie ma co zresztą przedłużać, po wszystkim wygląda on tak:


Wychodzi więc na to, że przed następną wyprawą - albo i po następnej, aż ostatecznie się zeszmaci - faktycznie zedrę resztki farby papierem ściernym, od nowa rozmieszam farby i jeszcze raz pomaluję.

Tym razem dodam oleju lnianego i białka, coby się lepiej trzymało. A werniks też sam rozmieszam...

Poza tym wszystkim tarcza całkiem znośnie zniosła walkę, tak podczas manewrów, jak i na turnieju. Jedyną usterką było zerwanie rzemienia do zawieszania przez plecy, co dało się zresztą szybko prowizorycznie naprawić:


To oczywiście będę musiał przeszyć jeszcze raz, pomyślę zresztą nad grubszym rzemieniem, bo jak się okazuje styk pasa naramiennego i pętli na przedramię jest najsłabszym punktem w całej tej konstrukcji.

I to jest jedyna poważniejsza naprawa, jakiej Moja tarcza z dartych desek wymaga po Wilczym, zatem na szczęście jest to ostatnia już notka w całości Jej poświęcona. Można więc śmiało powiedzieć, że tarcza jest ukończona i się sprawdziła w praniu.

Pas zerwał mi się zresztą podczas jednego ze starć z ludźmi Lubomira, gdy jeden ziomek zaczepił brodą topora o rant mojej tarczy i sprawnie wyciągnął mnie z szyku. Rantowi nic się nie stało, a rzemień i sznur poszły...


Wilczy Trop 2013, Fot. Barbara Fatyga

Poza tym tarcza w normalnym użytkowaniu jest bardzo wygodna i daje dobrą ochronę, kiedy się prawidłowo stoi w pozycji do walki. Jej waga to tylko 4kg, czego w ogóle nie czuć gdy wisi przez plecy.

Czas zrobić krótkie podsumowanie całej tej roboty. Po pierwsze względem czasu:
  • darcie desek zajęło łącznie 2 dni pracy, gdyż niektóre deski wypaczyły się po wyschnięciu, a inne zajechałem podczas obróbki, więc trzeba było później jeszcze parę dodrzeć. Docelowo jeden dzień powinien zupełnie wystarczyć.
  • Ich obrobienie ok. 5 dni, wliczając w to wycięcie kształtu i nawiercenie. To jest najtrudniej policzyć, bo z braku narzędzi i czasu rozłożyło się na 1,5 roku (!!!),
  • zszywanie korpusu 2 dni, wliczając w to także pierwszą, nieudaną próbę,
  • obszywanie krawędzi 1 dzień,
  • dodanie pętlic i malowanie 1 kolejny, a właściwie pół.
Łącznie wychodzi więc ok. 11 pełnych dni roboty. Trzeba wziąć przy tym pod uwagę, że większość z tych wszystkich rzeczy robiłem po raz pierwszy, często źle i nie tymi narzędziami co należy. Do niektórych czynności, takich jak darcie desek i przypasowywanie górnego rantu tarczy coby równo nawiercić, dobrze jest mieć też do pomocy kogoś, kto przytrzyma gdzie trzeba i rzuci okiem z drugiej strony.

Z obecnym doświadczeniem zrobienie takiej tarczy zajęłoby mi może o połowę, a może 1/3 czasu mniej.

I wiem już teraz, że kiedyś na pewno zabiorę się za następną. Zupełnie zresztą inną. A już się nawet zabrałem. Lecz o tym na razie sza!...


Wilczy Trop 2013, fot. Katarzyna Miłka Rużyczka

---------------------------------------------------------------------------------------------------
P.S.
A wie ktoś, gdzie można dostać łyko?

niedziela, 30 czerwca 2013

Moja tarcza z dartych desek, cz. V.

W poprzedniej notce opisałem nieudaną próbę zszycia korpusu tarczy z przygotowanych już części. Bogatszy o doświadczenie (+30 do expa), drugi raz spróbowałem zeszyć korpus podczas festynu na Praczach Odrzańskich 8 VI. 


Na zdjęciu widać w zasadzie wszystko, co trzeba: ułożenie dwóch płatów skóry i desek pomiędzy nimi. Za mną w tle uplecione poprzednio warkocze z trawy, które podsuszyłem w garażu i przygniotłem szafą (+1 do skilla).


Do niezbędnych narzędzi należą kombinerki, szydło i igła tapicerska. Tarczę szyjemy sznurkiem skręconym z trzech nici dratwy i dobrze nawoskowanym.


Jak widać konieczne jest zszywanie na umieszczonych z przodu i z tyłu podkładkach z twardych, skórzanych pasów. Naturalnie, skóra pokrywająca tarczę sama powinna być twarda - lecz niestety... kupiłem zbyt delikatną! Następną zamówię bydlęcą, surową, tzw. goliznę.

Tym razem zrezygnowałem z umieszczania trawy pod powłoką zewnętrznej strony tarczy, dałem jej za to więcej z tyłu dla amortyzowania ciosów. Najbardziej niewdzięcznym etapem tej roboty jest oczywiście pierwszy szew.


Efektem naszej pracy jest rozklekotana kupa rozłażących się desek, wrzucona do worka z sianem. Z tym workiem męczymy się dalej - i to jest już moment kluczowy. Nie przedłużając, na dole powtarzamy taką samą czynność. Teraz możemy dodać największe pasmo trawy, umieszczone na całym obwodzie tarczy wzdłuż krawędzi. Krawędzie te muszą się trzymać i trawa nie może wylecieć. Zszywamy zatem już wstępnie - a raczej ja wtedy przeszyłem, bo gdybym to robił w tej chwili, to raczej bym nie powtórzył - cały obwód skóry lnianą nicią:


W tej chwili mamy już całość, która się - lepiej lub gorzej - trzyma. Wstępny szew wzdłuż krawędzi pozwolił na bezpieczne przewiezienie tarczy z festynu do domu, gdzie sobie powędrowała na trzy tygodnie do schowka:


Wczoraj wyciągnąłem stamtąd tarczę właśnie w takim kształcie. Następnym etapem jest oczywiście wzmocnienie krawędzi, na które trzeba było zamówić odpowiednią skórę. Wcześniej zauważyłem jednak, że szycie na rantach jest o wiele ważniejsze, niżby się wcześniej zdawało. Deseczki nie są klejone i wszystko trzyma się tylko na dwóch (!) szwach.

Im więcej elementów pełni rolę konstrukcyjną, tym bardziej się je odciąża. Postanowiłem zatem ściągnąć nieco skórę i przeszyć na krawędziach porządną, grubą dratwą oraz gęstym ściegiem.


Tak poprawiona tarcza od razu nabrała charakteru! Deski dopasowały się lepiej, przestały też latać w środku i stukać o siebie. Poza tym, właściwie samoistnie, silnie zaznaczył się profil. Będę więc miał wypukłą tarczę bez skosowania desek ani żadnego klejenia.

Teraz się bierzmy za krawędzie, które będziemy obszywać!


Jak widać ich wymierzenie i przygotowanie nie jest wcale tak proste i szybkie, jak mogłoby się wydawać. Właściwie, to większość dnia spędziłem wczoraj właśnie na dopasowywaniu na mokro górnej krawędzi tarczy, robieniu w niej nacięć wyrównujących fałdy i przebijaniu otworów. 

Myślę, że warto rzucić także okiem na najpotrzebniejsze narzędzia:


Mamy tu ręczną wiertarkę, która poza nawiercaniem desek bywa również pomocna przy wyrobie sznura, do niego bryłkę wosku, różne nożyce i noże. Dratwa, kombinerki, wiertła. Czy raczej jedyne wiertło, 4mm. Pieniek, przebijak i młotek (bez młota ch..., nie robota!).

W ten sposób uzbrojeni, po ostatecznym przypasowaniu i przedziurkowaniu wszystkich wzmocnień, szyjemy krawędzie na mokro, na bieżąco wiercąc dziury w tarczy:


Na odstęp wybrałem odległość 4cm. Nie za gęsto dla desek, a jeszcze całkiem sensownie jeżeli chodzi o ścieg...


Skóra na obszycie krawędzi ma ok. 4-5 mm grubości, nie jest to jednak twarda podeszwówka. Tak czy owak trzeba ją było formować drewnianym młotkiem (na zmianę z pięścią) na mokro, a wysychając nada mojej tarczy ostateczny kształt.


Oczywiście nie wystawię jej na słońce, bo kurcząca się zbyt szybko skóra mogłaby mi to wszystko jeszcze połamać. Schnąć będzie zatem dość długo, w cieniu albo w garażu. Dziś pociągnąłem powierzchnię dwa razy olejem lnianym, lecz bez ruszania krawędzi, które są jeszcze wilgotne.

Następnym etapem produkcji będzie zamocowanie pętlic i malowanie tarczy. Test przejdzie na Wilczym Tropie. I po nim ostatni odcinek...

wtorek, 25 czerwca 2013

Warsztaty kaletnicze i szewskie w Arsenale.

Dziś będzie krótko a treściwie o warsztatach, które prowadziłem razem z Maciejem Perczakiem (Drużyna Wojów Piastowskich Jantar) i Wojciechem Mrozkiem (Wotan Hird) 15-16 VI 2013 w ramach projektu Rzemiosła Ożywione w Muzeum Archeologicznym we Wrocławiu.

Warsztaty trwały od 9:00 do 17:00 i odbywały się na sali Średniowieczny Śląsk w Arsenale. Na początek szła część teoretyczna, która każdego dnia rozpoczynała się wykładem dr Anny Bogumiły Kowalskiej - w sobotę o garbarstwie, w niedzielę o szewstwie.


Dzięki wykładom autorki Wytwórczości skórzanej we wczesnośredniowiecznym Szczecinie, a także dzięki dyskusji jaka się wywiązała, mogliśmy uporządkować wiedzę o wczesnośredniowiecznym skórnictwie, poznać podstawy fachowej terminologii, a także obalić parę mitów krążących w środowisku odtwórców. I tutaj kilka spostrzeżeń:

1. Skóra pergaminowa stosowana do obijania tarcz - a pozyskiwana zwykle z rozgotowywanych gryzaków dla psów - jest dla wczesnego średniowiecza niehistoryczna,
2. podobnie rzemyko-guziki,
3. boczne ścianki kaletek
4. i wszelkie tłoczenia na skórze, których z powodu ówczesnych ograniczeń w technologii garbowania nie można było wykonać.

Po wysłuchaniu wykładów trzeba było wybrać sobie wzory i zdecydować się szybko, kto co będzie robił. Do tej części ja miałem swoje bardziej skupione już na kwestiach praktycznych prezentacje, w których wykorzystałem zarówno literaturę przedmiotu, jak różne materiały i oferty rzemieślników, znalezione w Sieci. 


No i cóż...
Do roboty!



Pierwszego dnia, jak się rzekło, powstawały kaletki. Nie będę tutaj przynudzał i wdawał się w jakieś szczegóły, ani też nic nie przekleję z towarzyszących wykładom prezentacji.

Warto jednakże zaznaczyć, że większość z uczestników obu warsztatów dopiero rozpoczynała swoją przygodę z obróbką skóry i szycie prostych kaletek było tu niezłym treningiem przed warsztatami szewskimi. Troszeczkę tylko szkoda, że w sobotę przyszło znacznie mniej osób niż dzień później. Efekty naszej pracy, jakie tu mogę pokazać są przez to dosyć skromne:


Za to jeszcze bardziej niepozorne okazały się nasze zbiory w niedzielę, no ale to akurat dziwić nie powinno. Osiem godzin w jeden dzień to stanowczo za mało na uszycie od podstaw dobrej pary butów! 

Od podstaw? A co to oznacza?


Na początku - jest wykrój. A nawet nie ma wykroju. Jak nie ma, to trzeba go zrobić. To było pierwsze zadanie: pomierzyć dokładnie stopę, wybrać odpowiedni historyczny wzór i z pomocą prowadzących warsztaty opracować od podstaw dobry wykrój buta. 


Po pierwsze więc przenosimy wymiary na papier, po drugie kroimy. Z filcu. Dzięki takiemu materiałowi będziemy później mogli zeszyć z wykroju obuwie...


...dokładnie dopasować...


...a w razie czego poprawić.


Dopiero wtedy można się brać za rozkrój i szycie skóry.


A później właściwa robota: nakłuć równiutko otwory i zacząć powoli szyć buty*. Najlepiej na mokro, ściegiem dwuigłowym, na wywrotkę. Podeszwa oczywiście miękka...


Żeby każdy zdążył je skończyć, na same warsztaty szewskie potrzeba co najmniej trzech dni. Zależy to zresztą tak od umiejętności szyjących, jak i od konkretnego obuwia, które chcemy zrobić. Jednoczęściowe chodaki** datowane na epokę Vendel wyszły na przykład od razu...


...a ci, którzy wybrali bardziej skomplikowane wzory będą musieli się jeszcze troszeczkę pomęczyć. W każdym przypadku - warto!


Każdy kto przyszedł na warsztaty nauczył się podstaw teorii i opanował praktykę. Najprzydatniejszą umiejętnością jest tu chyba sam obmiar i przygotowanie wykrojów, dzięki czemu przy odrobinie wprawy jesteśmy w stanie uszyć dokładnie wszystko, co chcemy. Gotowe wykroje z filcu mogą posłużyć do szycia kolejnych par butów, tudzież i jako podstawa dla najróżniejszych przeróbek.


Po zakończonych warsztatach każdy uczestnik ma obowiązek dokończyć co zaczął i zaprezentować swoje dzieło na festynie, kończącym projekt w sierpniu. Ciekawe, co z tego wyniknie...

--------------------------------------------------------------------------------------------
*buty - jeżeli ściśle trzymać się fachowej terminologii, to słowo oznacza jedynie obuwie o cholewkach sięgających wysoko za kostkę. Na Słowiańszczyźnie Zachodniej we wczesnym średniowieczu nie występowały. W praktyce prędzej można się pochlastać, niźli na co dzień się zacząć poprawnie wyrażać: dzisiaj szyjemy obuwie!... :)
**chodaki - obuwie wykonane z jednego kawałka skóry.

P.S.
Udział wzięły osoby z drużyn:
Ślężanie, Wotan Hird, Jantar, Ulf Ragnarsson Hird, Wojowie Puszczy Galindzkiej i Panser Galter Drott (PGD).