wtorek, 28 maja 2013

Moja tarcza z dartych desek, część IV*...

...i na pewno nie ostatnia. Z oporem materii przyjdzie mi się zapewne jeszcze trochę zmagać. Idealnie byłoby skończyć tę tarczę na Wilczy Trop, ale z wprowadzaniem ideałów w życie bywa całkiem różnie, a więc nie przesądzajmy. Póki co skupmy się na konkretach.


Obróbka desek okazała się zaskakująco prosta. Aby uzyskać narysowany uprzednio migdałowaty kształt wystarczyło jedynie nadpiłować deseczki i wyłamać wzdłuż włókien charakterystyczne schodki...


...a potem już tylko wyrównać piłą albo nożem:


To samo trzeba teraz powtórzyć na dole, a jak niebawem zobaczymy, nie tylko same deski wyszły nam wcześniej nierówne...


...niesymetryczny bowiem jest także kształt tarczy. Na uzyskanie takiego pozwalały deski i nie ma żadnego powodu, aby dla uzyskania symetrii przycinać je bardziej niż trzeba. To zresztą nie ma znaczenia, gdyż w ostatecznym rozrachunku ukrytych pomiędzy dwiema warstwami skóry desek wcale nie będzie widać. Poza tym na wszystkich krawędziach doda się jeszcze trawę:


Tu jestem zresztą winien podziękowania Matce, która nauczyła mnie na tę okazję zaplatać warkocze. Efekt przerastał wszelkie rezultaty osiągane na tym polu przez Julię Tymoszenko, w czym niewątpliwie dopomagał mój ukraiński dresik włożony do tej roboty.  

Trawa spleciona w ten sposób będzie amortyzować ciosy zarówno na krawędziach tarczy, jak jej zewnętrznej płaszczyźnie, a także zapychać szczeliny i wzmacniać konstrukcję od wewnętrznej strony. Na pewno lepsze to niźli wrzucenie jej luzem do skórzanego wora, czy choćby zgniatanie w kulki lub wiązanie w supły.


Jak łatwo zauważyć, taka zewnętrzna warstwa znacząco zmieni kształt i powiększy całość. Aby połączyć w nią deski trzeba je jednak przeszyć. Do tego potrzebne są dwie rzeczy: dziury...


...i odpowiedni sznurek. By niepotrzebnie nie osłabiać konstrukcji, zdecydowałem się na otwory o średnicy 3mm, wiercone jak widać historyczną - chociaż co prawda nie średniowieczną - tudzież i ręczną wiertarką. Porządną, żeliwną, prosto z PRLu. Szczerze polecam. Z jej pomocą można też bardzo łatwo upleść sznurek z dratwy, do czego wybrałem 3 nici.


W tym miejscu, ku Waszej przestrodze, przyznać się muszę do karygodnej niecierpliwości i, co tu gadać, głupoty. Nie mogąc się doczekać ujrzenia jakiegoś efektu, postanowiłem zszyć wstępnie całą tarczę. Problem polegał na tym, że z ostrożności otwory w deskach wywierciłem najdalej od siebie, jak tylko to było możliwe.  

Szwy wyszły zatem absurdalnie grube, co pasowałoby dobrze jeślibym użył rzemienia. Do tego jednak znowuż otwory w deskach musiałyby mieć co najmniej 6mm średnicy. A na to pozwolić nie mogłem! Pozwoliłem więc sobie na wstępne dopasowanie...



...i zszycie wszystkiego do kupy. Dosłownie i w przenośni, zobaczcie sami co wyszło. Jak widać zszyłem jednak nie do końca wszystko, gdyż sam oplot krawędzi dodam dopiero w momencie  obszywania tarczy porządną, grubą skórą. Tymczasem postanowiłem jej zewnętrzną stronę  wzmocnić trzema warkoczami z trawy, pokrywającymi najczęściej uderzane miejsca na powierzchni. 


Ułożyłem je łukowato i horyzontalnie, żeby przyjmować uderzenia wyprowadzane z góry i na skos. Po drugiej stronie trawiaste, zielone warkocze rozmieściłem pionowo wzdłuż szczelin. W ten sposób uzyskałem też efekt lekkiej wypukłości.


Następnie, po dodaniu trzech szwów, tarcza trzymała się już razem całkiem nieźle. Dlaczego więc przeszycie jej na tym etapie było strasznym błędem? Gruby szew względnie cienkim sznurkiem pokaleczył mi skórę. I wierzcie na słowo - bolało...

Dodatkowo ukryta pod nią trawa okazała się (nie ma jak wyobraźnia przestrzenna, nieprawdaż?) o wiele za gruba i w połączeniu z tym szwem zrobiła z tarczy worek z pustym miejscem w środku. 

Czego możemy nauczyć się na popełnionych błędach? 

Po pierwsze trzeba gęściej nawiercić deski. Z tym jednak raczej ostrożnie. Po drugie bardziej spłaszczyć trawę, być może też odpuścić sobie jeden z warkoczyków. Po trzecie wypadałoby także zrezygnować ze skośnego szwu, bo skoro dwa pierwsze będą nieco gęstsze, następnych już nie da się zrobić bez podziurawienia wszystkich dech jak sita. Czwartym wnioskiem, koniecznym dla ratowania (własnej) skóry jest umieszczenie dodatkowych pasów pod każdym ze szwów. W ten sposób zostaną zakryte powstałe już skaleczenia i zapobiegnie się nowym. Podkładka musi być!



Po tym eksperymencie rozebrałem tarczę, nawierciłem raz jeszcze i odłożyłem na później. Być może uda mi się za nią zabrać już w przyszłą sobotę. Jest i nauczka na przyszłość. Łacińska. 

Festina lente!...

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
* Razem z uzupełnieniem do źródeł na temat jest łącznie 5 notek, pisanych od 2011 r.

poniedziałek, 20 maja 2013

Moja tarcza z dartych desek... Reaktywacja!

Niektórzy może pamiętają, jak praca nad deskami utknęła mi na etapie obróbki. Siekierą. Efekty były takie, że wyszły deski dość proste, ale dwa razy grubsze niż powinny, a było ich nie dwakroć, lecz trzykroć za mało. Potrzebne było coś więcej, musiałem mieć lepsze narzędzia.

Tak oto pożyczyłem od Beinira ośnik, a że nie umiem pracować w drewnie i nie miałem pojęcia jak tego używać - prędzej się dorobiłem siniaków na brzuchu, niż jednej porządnej deski. 

W międzyczasie niektóre z pracowicie oddzielonych razem z Beinirem dranic pogięły się, popękały, wypaczyły i zdechły. No, a właściciel miał także nieco ważniejsze sprawy. I tak to szło. Lub leżało. Długo. Zdecydowanie najwięcej, ile zajęło mi zrobienie czegokolwiek. Bo w końcu, jak napisał Tolkien, to właśnie niezaczęta robota trwa najdłużej!


Zacząć ją znów na dobre - i w sumie od nowa! - mogłem dopiero w momencie, gdy Beinir natrafił gdzieś w necie na bardzo ciekawy przyrząd, zwany kobylicą. Dzięki tej podpatrzonej na rumuńskim youtubie ławeczce mogliśmy wreszcie dokończyć niezaczętą robotę.


Jak widać na załączonym obrazku, zasada jej działania jest dziecinnie prosta. Nogami napieramy na dźwignię, która przyciska nam deskę. A my ją jedziemy ośnikiem!

To oczywiście teoria, bo jeśli ktoś nie ma praktyki, to bywa całkiem ciekawie: a to za mocno przeciągniesz i za głęboko zajedziesz, to dźwignia się obluzuje, albo i nogi połamią pod naszą skaczącą ławeczką. Z ośnika też rączka potrafi spaść, a reguła jest taka, że końcowym efektem będą koślawe deszczułki pięć razy mniejsze od dechy, którą odrywaliśmy. I taki efekt jest dobry! Dla mnie przynajmniej wystarczy...


Naturalnie praktyka czyni mistrza i wczesnośredniowieczny, a i współczesny, rzemieślnik na pewno nie miałby większych problemów z prawidłową i szybką produkcją i obróbką odpowiednich dranic. Sami Słowianie Połabscy byli w tym doskonali!

Narzedzia ciesielskie z Połabia za: Ewald Schuldt, Der Holzbau bei der westslawischen Stämmen vom 8. bis 12. Jahrhundert, Berlin 1988, Abb. 2.

Wśród używanych przez nich narzędzi, prócz rozmaitych toporów oraz cioseł, mamy tu na obrazku klin, pobijaki, wiertło, tudzież ośnik właśnie. Ostatecznie udało mi się odedrzeć i obrobić łączne sześć zwichrowanych, nierównych deseczek - co widać bardzo wyraźnie, gdy leżą tak obok siebie na tle zielonej trawy: 


Mając takowy materiał zdecydowałem się pójść dalej i zacząć już coś z nim robić. Przyczyna - obok niecierpliwości i lenistwa oczywiście - jest tylko jedna. Nie mamy niestety porządnych i prostych pni. Deski wykonane są z drewna osiki, której słoje są nieszczęśliwie skręcone i co się dało z niej zrobić - widzicie właśnie w tym miejscu.


Wymiary migdałowatego kształtu, który mam zamiar uzyskać, będą wynosić maksymalnie 81 i 51 cm.

Kolejnym krokiem na drodze ku zakończeniu roboty będzie więc jego wycięcie i mocowanie konstrukcji. Biorąc pod uwagę, iż na przyleganie bocznych krawędzi desek nie ma najmniejszych szans, zrezygnowałem w ogóle z prób ich sklejenia ze sobą. Zresztą nawet gdyby ich brzegi były idealnie równoległe, to i tak po kilku mocniejszych kopniakach klej kostny by się pokruszył. 

Ażeby osiągnąć jakiś w miarę sensowny efekt przy sklejaniu, krawędzie desek musiałyby być ścięte pod możliwie ostrym kątem do ich powierzchni. Jest to po pierwsze zupełnie niewykonalne przy moich umiejętnościach, po drugie zaś i ważniejsze - po prostu niehistoryczne. Głównym spoiwem tej tarczy będzie więc co innego. 

Ja ją po prostu przeszyję...


Podobnie jak w przypadku tarczy z Triskom, deski będą znajdować się pomiędzy dwiema warstwami skóry. Poza tym, znowu jak w tamtym przypadku, amortyzować uderzenia będzie też warstwa trawy. Zamierzam użyć jej zarówno do zapchania szczelin pomiędzy deskami, wzmocnienia krawędzi tarczy, tudzież i wytłumienia obu stron.


 O tym w następnym odcinku. Na razie - trawa się suszy...

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Kwiecień poza Łodzią, czyli od Rękawki do Wolina...

Marzec i kwiecień mijają, a na blogasie cisza. Cisza fałszywa, podstępna, zwodnicza. To prawda, że trzeba pisać - pracę, nie bloga! - i sezon rzeczywiście znowu mi odpada. Ale bynajmniej nie cały. W zasadzie to już go zacząłem. Wyjazdem na Rękawkę!

PGD gościło na Rękawce w obozie Drużyny Grodu Horodna




Jaki był Kopiec Kraka w ten piękny kwietniowy dzień każdy chyba widzi, nie będę zresztą powielał typowych relacji prasowych, dostępnych w internecie. Z mojego punktu widzenia jedynie parę uwag o sprzęcie. Po pierwsze był to pierwszy test dla mojej nowej kolczugi, którą zamówiłem od Wojmira. Tak, właśnie. Nitowanej. Z Indii...

Fragmenty kolczej plecionki znalezione w Starogardzie Wagryjskim za Torstenem Kempke, Starigard/Oldenburg. Hauptburg der Slawen in Wagrien, t. III, Neumünster 1991, s. 41.

Mój indyjski pancerz nawiązuje jednakże swą formą i rozmiarem kółeczek do pięciu fragmentów plecionki kolczej znalezionych w Starogardzie Wagryjskim. Jeden z nich pochodzi z warstwy osadniczej datowanej na IX w., powstanie obu kolejnych oszacowano w na czasy około tysięcznego roku, a dwóch najpóźniejszych odpowiednio na XI i XI/XII (lub nawet okres późniejszy) wiek.

Średnica kółeczek w przypadku wszystkich pięciu fragmentów waha się od 6 do 7 mm, a w strukturze plecionki występują na przemian rzędy kółek pełnych i nitowanych. 

W przypadku noszonej przeze mnie kolczugi - na zdjęciu to ten czwarty od lewej osobnik z rozwalającą się dziadowską treningową tarczą w ręku - średnica kolców wynosi 6 mm. Jak widać pancerz jest czarny, a zatem oksydowany i przetrwał dzięki temu bardzo dobrze ekstremalne warunki krakowskiego pola bitwy. A  łatwo bynajmniej - abstrahując już od całej zgrai nieśmiertelnych w linii naprzeciwko - nie było. Śnieg szybko zamienił się w wodę, a ta wraz z ziemią zaraz stała się błotem tworzącym olbrzymie bajoro. W sam raz dla Pancernych Knurów!


W przeciwieństwie do kolczugi, konserwacji i naprawy po tym wyjeździe zdecydowanie wymagały buty. Przed wyruszeniem w drogę (należy zebrać Drużynę!), natarłem je na gorąco roztopioną słoniną i przemokły dopiero w trakcie treningu z ludźmi Lubomira. Niestety! - w pewnym momencie po raz pierwszy od ich uszycia 2 lata temu przetarła się dratwa i na czubku lewego buta puścił szew. Po prowizorycznym zszyciu na okrętkę przy obozowym ognisku, musiałem go znowu naprawiać. I to nie tracąc czasu, gdyż już w następny weekend moje buciki z Vipperow czekał kolejny sprawdzian: wyjście na Ślężę.


Była to krótka wycieczka w ramach przedstawionego już wcześniej projektu Rzemiosła Ożywione, w którym bierzemy udział. Jak widać wszystko idzie do przodu, tudzież i zgodnie z planem...

Ubrani historycznie uczestnicy wycieczki. Fot. Joffrid.
Pogodę mieliśmy prześliczną, choć do podnóża do szczytu Ślęży dane nam było przekroczyć granice wszystkich pór roku: od ciepłej wiosny na dole po wietrzną zimę na szczycie. Droga w dół nie dla wszystkich przebiegła bez dodatkowych atrakcji - zwłaszcza gdy ktoś jest masochistą niezwykle ekscytujące bywa zjeżdżanie ze szczytu na przemarzniętym zadku - a impregnacja butów tłuszczem zadania nie ułatwiała.

Na zjeżdżalni. Fot. Joffrid.

Na tę wyprawę nie wziąłem niestety raków. Po wszystkim odkryłem też w domu - na Ślęży jej nie odczułem - usterkę prawego buta, gdzie podobnie jak tydzień wcześniej w lewym przetarła się stara dratwa w okolicy czubka.

Jeżeli chodzi o resztę wyposażenia, to płaszcz i kaptur wełniany sprawdziły się doskonale przeciwko deszczowi ze śniegiem, a kawał porządnej kolczugi na grzbiecie grzał tak samo dobrze jak dwie cienkie tuniki z wełny i filcu pod nią.

To jednak jeszcze nie wszystko jeżeli chodzi o Projekt, i mam tu na myśli nie tylko logo, którego dorobiliśmy się ostatnio...
 
...ale i warsztaty przeprowadzone we współpracy z Muzeum Archeologicznym we Wrocławiu. Nie będę się tutaj rozwodził nad sporządzaniem dokumentacji zabytków. Że zacytuję Rzepichę: 

Opracowaliśmy w 10 osób 50 zabytków, w tym groty, noże, czekany, toporki, klucz, nożyce, kabłączki, osełki, przęśliki, pierścionki, bransoletkę, ucierak, coś z kamienia (?), drewniany gładzik, rylce kościane i inne ciekawe. Szczegóły spis zabytków wraz z opisem oraz ich zdjęcia opracuje Jofridd.[...]Wszyscy, którzy będą brali udział w warsztatach, będą współautorami opracowania na temat zabytków, które docelowo pojawi się na stronie muzeum, jako zaczątek wirtualnego muzeum i genialnej bazy dla rekonstruktorów. 

Już dzisiaj chciałbym zaprosić wszystkich na pokaz, który odbędzie się 18 maja na dziedzińcu Arsenału w ramach Nocy Muzeów we Wrocławiu.

Siemił i Agata przy pracy.
Na koniec, z kronikarskiego obowiązku oczywiście, pochwalę się wyjazdem na I Wolińskie Spotkania Nordystyczne, gdzie miałem okazję wygłosić skromne wystąpienie pt. Dzieje walk obodrzycko-duńskich do śmierci Niklota. Główne problemy badawcze.

Prześledziłem w nim opisy wszelkich starć, jakie miały miejsce między Duńczykami a Obodrzycami w latach 808-1160. Przy okazji można było na bieżąco punktować wszelkie wychodzące w praniu problemy, z jakimi wiąże się analiza wczesnośredniowiecznych źródeł dla historii wojskowości Słowian Połabskich.

To oczywiście pewna część mojej pracy, a uczestnictwo w konferencji pomogło mi się porządnie skoncentrować i pchnąć ją nieco do przodu.

Pierwotny program konferencji, kliknij aby powiększyć.
Jak widać w miesiącu kwietniu działo się całkiem sporo. Zimowego marca też zresztą nie przespałem, ale to już materiał na zupełnie inne notki. Na czas, gdy wreszcie zakończę to co wtedy zacząłem...

środa, 6 lutego 2013

Muzeum archeologiczne w Łodzi.

Niedawno Brat opowiadał mi, że kiedy tylko podzielił się z jakimś swym znajomym wiadomością, iż wyjechałem do Łodzi pracować, ten odpowiedział jedynie:
-Przecież tam się tylko umiera!

I ja też, doceniwszy przenikliwość owego koleżki, zastanawiałem się długo, czy da się tu cokolwiek napisać o mym nowym grodzie. A, że o zmarłych inaczej niźli dobrze mówić nie wypada, to i siedziałem cicho jak mysz pod tą miotłą. I to był błąd mój wielki, bo kim byłbym przecież, gdybym tu - w mieście Andrzeja Nadolskiego - muzeum archeologicznego nawet nie odwiedził?


W pewien styczniowy wtorek - we wtorek jest wstęp wolny - podjechałem więc na pl. Wolności. Mieści się tutaj muzeum archeologiczne i etnograficzne. W tym drugim jeszcze nie byłem, za to stała, a powstała w 2008 r., wystawa archeologiczna godna jest polecenia. Nie będę tu nikogo męczyć epoką kamienia i brązu, przejdę od razu do rzeczy. A te są bardzo ciekawe...


Najwięcej z nich pochodzi naturalnie z terenów dzisiejszej Polski centralnej z Lutomierskiem na czele, ale znajdziemy tu także wiele zabytków z Pomorza, a nawet i parę ze Śląska. Na początek poleci więc cały worek drobiazgów, typu wyroby z bursztynu...



...krzesiwka, rzeźbione pływaki do sieci, ceramika, kłódki, nożyki...


...najróżniejsza biżuteria...

klikaj i powiększaj!


...tzw. misy śląskie...


...piękne grzebienie...


...tudzież dziecięcy bucik (XIII w.) i identycznych rozmiarów kopyto z Gdańska datowane na dwunaste stulecie:


Jak widać ten ostatni jest zrekonstruowany. Rekonstrukcji zabytków jest tutaj jeszcze kilka, w tym  czółek z kabłączkami w wersji bardziej pomorskiej...


 i mocno miejscowej:


Oprócz bucików obejrzeć też można kościane szydła:


i trzynastowieczną skórzaną rękawicę - kciuk nie zachował się - oraz...


...bardzo ciekawą kamienną formę odlewniczą z Płocka - niestety nie w oryginale.


No, ale koniec tego dobrego - naoglądaliście się już rzemieślniczych ciekawostek, których tam zresztą jest więcej. Teraz podamy główne danie, którym są oczywiście znaleziska militariów! (edit: jak widać po komentarzach, wyraziłem się niejasno. Zadam więc małą zagadkę: co w tej gablotce wygląda na kopię?:)


Nie będę ich tu opisywał bardziej szczegółowo, bo w końcu chcę raczej zachęcić do odwiedzenia muzeum, niż je zastępować. Jaki jest miecz (i że niejeden!) każdy widzi, a komu coś mówią nazwy Gorzuchy (lub Gorzuchowo, zob. komentarze!) albo Lutomiersk - i oczywiście Siedlątków - ten będzie zadowolony.

Na koniec małe nawiązanie do notki o rakach:


Ten jest akurat z XIV w. Pewne rzeczy na świecie zmieniają się powoli.

Jak widać, w Łodzi poza umieraniem można robić także parę innych rzeczy, a przed tą śmiercią na pewno warto zajrzeć do Muzeum Archeologicznego przy pl. Wolności - czynne do 17. We wtorek wstęp wolny...

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Nowy rok, nowe miasto i nowa notka na bloga...

Długo już pusto tu i cicho. Wypada choć raz na czas jakiś ten stęchły spokój przewietrzyć, okienko bloga otworzyć i wpuścić nieco wieści z szerokiego świata. Bo działo się - oj, działo! - i wiele i nie wiele, w dodatku równocześnie!

Dużo się u mnie zmieniło ostatnimi czasy, na czele z miejscem pracy tudzież zamieszkania. Nagle, wręcz z dnia na dzień od 10. grudnia począwszy - stałem się łodzianinem. Przynajmniej sezonowym, bo póki co do Polski - nie tylko ja ze znajomych już tak mam, że mówiąc Polska mam na myśli mój Wrocław, bo Wrocław to moja Polska - na weekendy jeżdżę. Ta uskuteczniana mozolnie na własne życzenie całkowita zmiana środowiska w jakim myszkuję* dziś po magazynach (a najtrafniejsze to określenie dla mojej pracy w archiwum!), połączona z próbami utrzymania się na powierzchni w pracy nad doktoratem, które przywodzą mi na myśl pływającego wytrwale wewnątrz beczki szczura -  to właśnie owo wiele. Wiele się dzieje, panie...


...Wiele, a jednak tak mało! - przynajmniej gdyby ktoś zapytał mnie o rekonstrukcję i udział w życiu Drużyny. Co by nie mówić, to jednak mało bo mało, lecz jeszcze nie całkiem nic - bo zawsze to chociaż trochę od niczego więcej. I o tym chcę tu napisać!

Po pierwsze będą to warsztaty dla młodzieży organizowane przez rekonstruktorów, na których inauguracji byłem w arsenale. Inauguracja to może zbyt duże słowo, lecz omnia principia parva sunt, a póki co było to pierwsze dopiero spotkanie organizacyjne.


Projekt jest organizowany przez ludzi działających na co dzień w drużynie Ślężan, a co zdołałem sam pojąć słuchając na zebraniu, spróbuję Wam teraz opisać. Rzecz dzieje się oto w granicach chronologicznych obejmujących pół roku od 1 III do 31 VIII. W planie wycieczka na Ślężę, warsztaty rzemieślnicze, spotkania w muzeum, pokazy w szkołach i końcowa impreza.

Umówiliśmy się wstępnie z dwoma kolegami na prowadzenie warsztatów szewsko-kaletniczych. Idea jest bardzo prosta: po pierwsze wybieramy z literatury buciki, następnie opracowujemy wykroje metodą prób i błędów szyjąc buty z filcu, wreszcie powstają gotowe wyroby, które potem można sobie do woli powielać, tudzież i uczyć na nich ludzi technik szewskich. 

Oprócz tego planujemy poćwiczyć różne techniki zdobnicze, by i współcześni - i nie noszący na co dzień butów historycznych - ludzie pożytek mieli z warsztatów, w postaci kaletek, torebek, karwaszy, tudzież breloczków i wypasionych pokrowców na komóry...

Warsztaty są otwarte na współprace z rekonstruktorami i jest to ciekawa okazja, żeby coś fajnego zrobić i zintegrować trochę przy okazji to nasze ciut rozproszone, wrocławskie środowisko. Nie zapominajmy zresztą o głównym i charytatywnym w sumie celu, jakim jest pokazanie współczesnej młodzieży, że można w życiu robić coś więcej oprócz siedzenia przed kompem i przeglądania kwejka.

A jeśli już o... filantropii mowa, to spieszę donieść iż PGD wspomogło w tym roku WOŚP swą obecnością na Rynku:


Z pomocą Czcibora i Sigrun wystawiliśmy stoisko, tudzież wojów do bitki na dwóch pokazach walki. Jak widać na załączonym obrazku, obejrzeć tu było można nie tylko barbarzyńców w skórach obwieszonych bronią, ale i ceramikę, narzędzia oraz najróżniejsze przedmioty codziennego użytku. Oprócz tych wszystkich atrakcji można też było na naszym kramie zakupić tanio serduszka - co łaska, prosimy, do puszki! Prócz kramu stacjonarnego praktykowaliśmy takoż i handel obnośny - wikingowie oprócz fenomenalnych morderców i gwałcicieli byli także całkiem niezłymi kupcami! - urządzając regularnie z puszką nr 2 wyprawy zbrojne wokół wrocławskiego rynku, bogate łupy zebrawszy...


Nasza (zbrojna) pomoc dla polskich szpitali miała miejsce w niedzielę, a wikingów, piastowskich i ruskich wojów, tudzież zdradzieckich Połabian (szt. 1) można było spotkać na Rynku pod Spiżem od 13 do 20, przy czym pierwszy pokaz odbył się o 14:20, a drugi o 15:50. Tu chciałbym podziękować wszystkim uczestnikom, widzom i gościom przy naszym stoisku!

Tymczasem ja też już się zbieram, a że mam w planie parę ciekawych rzeczy...



ale nie wyprzedzajmy faktów!

p.s.
Trochę linków:
Oficjalna strona PGD
Panser Galter Drott - na facebooku!
Strona pokazu dla WOŚP

----
*napisałbym tradycyjnie, że szczurasuję się po magazynach. Niestety, nie wszyscy są miłośnikami tych wspaniałych zwierząt i tego typu sformułowanie mogłoby zostać źle odebrane przez osoby niezbyt zorientowane w arcyciekawym temacie mojego osobistego sposobu wyrażania myśli. A na jakiekolwiek nieporozumienia w tak oficjalnym kontekście pozwolić sobie nie mogę...

Szczur berliński 
za www.bz-berlin.de.