niedziela, 30 czerwca 2013

Moja tarcza z dartych desek, cz. V.

W poprzedniej notce opisałem nieudaną próbę zszycia korpusu tarczy z przygotowanych już części. Bogatszy o doświadczenie (+30 do expa), drugi raz spróbowałem zeszyć korpus podczas festynu na Praczach Odrzańskich 8 VI. 


Na zdjęciu widać w zasadzie wszystko, co trzeba: ułożenie dwóch płatów skóry i desek pomiędzy nimi. Za mną w tle uplecione poprzednio warkocze z trawy, które podsuszyłem w garażu i przygniotłem szafą (+1 do skilla).


Do niezbędnych narzędzi należą kombinerki, szydło i igła tapicerska. Tarczę szyjemy sznurkiem skręconym z trzech nici dratwy i dobrze nawoskowanym.


Jak widać konieczne jest zszywanie na umieszczonych z przodu i z tyłu podkładkach z twardych, skórzanych pasów. Naturalnie, skóra pokrywająca tarczę sama powinna być twarda - lecz niestety... kupiłem zbyt delikatną! Następną zamówię bydlęcą, surową, tzw. goliznę.

Tym razem zrezygnowałem z umieszczania trawy pod powłoką zewnętrznej strony tarczy, dałem jej za to więcej z tyłu dla amortyzowania ciosów. Najbardziej niewdzięcznym etapem tej roboty jest oczywiście pierwszy szew.


Efektem naszej pracy jest rozklekotana kupa rozłażących się desek, wrzucona do worka z sianem. Z tym workiem męczymy się dalej - i to jest już moment kluczowy. Nie przedłużając, na dole powtarzamy taką samą czynność. Teraz możemy dodać największe pasmo trawy, umieszczone na całym obwodzie tarczy wzdłuż krawędzi. Krawędzie te muszą się trzymać i trawa nie może wylecieć. Zszywamy zatem już wstępnie - a raczej ja wtedy przeszyłem, bo gdybym to robił w tej chwili, to raczej bym nie powtórzył - cały obwód skóry lnianą nicią:


W tej chwili mamy już całość, która się - lepiej lub gorzej - trzyma. Wstępny szew wzdłuż krawędzi pozwolił na bezpieczne przewiezienie tarczy z festynu do domu, gdzie sobie powędrowała na trzy tygodnie do schowka:


Wczoraj wyciągnąłem stamtąd tarczę właśnie w takim kształcie. Następnym etapem jest oczywiście wzmocnienie krawędzi, na które trzeba było zamówić odpowiednią skórę. Wcześniej zauważyłem jednak, że szycie na rantach jest o wiele ważniejsze, niżby się wcześniej zdawało. Deseczki nie są klejone i wszystko trzyma się tylko na dwóch (!) szwach.

Im więcej elementów pełni rolę konstrukcyjną, tym bardziej się je odciąża. Postanowiłem zatem ściągnąć nieco skórę i przeszyć ją na krawędziach porządną, grubą dratwą oraz gęstym ściegiem.


Tak poprawiona tarcza od razu nabrała charakteru! Deski dopasowały się lepiej, przestały też latać w środku i stukać o siebie. Poza tym, właściwie samoistnie, silnie zaznaczył się profil. Będę więc miał wypukłą tarczę bez skosowania desek ani żadnego klejenia.

Teraz się bierzmy za krawędzie, które będziemy obszywać!


Jak widać ich wymierzenie i przygotowanie nie jest wcale tak proste i szybkie, jak mogłoby się wydawać. Właściwie, to większość dnia spędziłem wczoraj właśnie na dopasowywaniu na mokro górnej krawędzi tarczy, robieniu w niej nacięć wyrównujących fałdy i przebijaniu otworów. 

Myślę, że warto rzucić także okiem na najpotrzebniejsze narzędzia:


Mamy tu ręczną wiertarkę, która poza nawiercaniem desek bywa również pomocna przy wyrobie sznura, do niego bryłkę wosku, różne nożyce i noże. Dratwa, kombinerki, wiertła. Czy raczej jedyne wiertło, 4mm. Pieniek, przebijak i młotek (bez młota ch..., nie robota!).

W ten sposób uzbrojeni, po ostatecznym przypasowaniu i przedziurkowaniu wszystkich wzmocnień, szyjemy krawędzie na mokro, na bieżąco wiercąc dziury w tarczy:


Na odstęp wybrałem odległość 4cm. Nie za gęsto dla desek, a jeszcze całkiem sensownie jeżeli chodzi o ścieg...


Skóra na obszycie krawędzi ma ok. 4-5 mm grubości, nie jest to jednak twarda podeszwówka. Tak czy owak trzeba ją było formować drewnianym młotkiem (na zmianę z pięścią) na mokro, a wysychając nada mojej tarczy ostateczny kształt.


Oczywiście nie wystawię jej na słońce, bo kurcząca się zbyt szybko skóra mogłaby mi to wszystko jeszcze połamać. Schnąć będzie zatem dość długo, w cieniu albo w garażu. Dziś pociągnąłem powierzchnię dwa razy olejem lnianym, lecz bez ruszania krawędzi, które są jeszcze wilgotne.

Następnym etapem produkcji będzie zamocowanie pętlic i malowanie tarczy. Test przejdzie na Wilczym Tropie. I po nim ostatni odcinek...

wtorek, 25 czerwca 2013

Warsztaty kaletnicze i szewskie w Arsenale.

Dziś będzie krótko a treściwie o warsztatach, które prowadziłem razem z Maciejem Perczakiem (Drużyna Wojów Piastowskich Jantar) i Wojciechem Mrozkiem (Wotan Hird) 15-16 VI 2013 w ramach projektu Rzemiosła Ożywione w Muzeum Archeologicznym we Wrocławiu.

Warsztaty trwały od 9:00 do 17:00 i odbywały się na sali Średniowieczny Śląsk w Arsenale. Na początek szła część teoretyczna, która każdego dnia rozpoczynała się wykładem dr Anny Bogumiły Kowalskiej - w sobotę o garbarstwie, w niedzielę o szewstwie.


Dzięki wykładom autorki Wytwórczości skórzanej we wczesnośredniowiecznym Szczecinie, a także dzięki dyskusji jaka się wywiązała, mogliśmy uporządkować wiedzę o wczesnośredniowiecznym skórnictwie, poznać podstawy fachowej terminologii, a także obalić parę mitów krążących w środowisku odtwórców. I tutaj kilka spostrzeżeń:

1. Skóra pergaminowa stosowana do obijania tarcz - a pozyskiwana zwykle z rozgotowywanych gryzaków dla psów - jest dla wczesnego średniowiecza niehistoryczna,
2. podobnie rzemyko-guziki,
3. boczne ścianki kaletek
4. i wszelkie tłoczenia na skórze, których z powodu ówczesnych ograniczeń w technologii garbowania nie można było wykonać.

Po wysłuchaniu wykładów trzeba było wybrać sobie wzory i zdecydować się szybko, kto co będzie robił. Do tej części ja miałem swoje bardziej skupione już na kwestiach praktycznych prezentacje, w których wykorzystałem zarówno literaturę przedmiotu, jak różne materiały i oferty rzemieślników, znalezione w Sieci. 


No i cóż...
Do roboty!



Pierwszego dnia, jak się rzekło, powstawały kaletki. Nie będę tutaj przynudzał i wdawał się w jakieś szczegóły, ani też nic nie przekleję z towarzyszących wykładom prezentacji.

Warto jednakże zaznaczyć, że większość z uczestników obu warsztatów dopiero rozpoczynała swoją przygodę z obróbką skóry i szycie prostych kaletek było tu niezłym treningiem przed warsztatami szewskimi. Troszeczkę tylko szkoda, że w sobotę przyszło znacznie mniej osób niż dzień później. Efekty naszej pracy, jakie tu mogę pokazać są przez to dosyć skromne:


Za to jeszcze bardziej niepozorne okazały się nasze zbiory w niedzielę, no ale to akurat dziwić nie powinno. Osiem godzin w jeden dzień to stanowczo za mało na uszycie od podstaw dobrej pary butów! 

Od podstaw? A co to oznacza?


Na początku - jest wykrój. A nawet nie ma wykroju. Jak nie ma, to trzeba go zrobić. To było pierwsze zadanie: pomierzyć dokładnie stopę, wybrać odpowiedni historyczny wzór i z pomocą prowadzących warsztaty opracować od podstaw dobry wykrój buta. 


Po pierwsze więc przenosimy wymiary na papier, po drugie kroimy. Z filcu. Dzięki takiemu materiałowi będziemy później mogli zeszyć z wykroju obuwie...


...dokładnie dopasować...


...a w razie czego poprawić.


Dopiero wtedy można się brać za rozkrój i szycie skóry.


A później właściwa robota: nakłuć równiutko otwory i zacząć powoli szyć buty*. Najlepiej na mokro, ściegiem dwuigłowym, na wywrotkę. Podeszwa oczywiście miękka...


Żeby każdy zdążył je skończyć, na same warsztaty szewskie potrzeba co najmniej trzech dni. Zależy to zresztą tak od umiejętności szyjących, jak i od konkretnego obuwia, które chcemy zrobić. Jednoczęściowe chodaki** datowane na epokę Vendel wyszły na przykład od razu...


...a ci, którzy wybrali bardziej skomplikowane wzory będą musieli się jeszcze troszeczkę pomęczyć. W każdym przypadku - warto!


Każdy kto przyszedł na warsztaty nauczył się podstaw teorii i opanował praktykę. Najprzydatniejszą umiejętnością jest tu chyba sam obmiar i przygotowanie wykrojów, dzięki czemu przy odrobinie wprawy jesteśmy w stanie uszyć dokładnie wszystko, co chcemy. Gotowe wykroje z filcu mogą posłużyć do szycia kolejnych par butów, tudzież i jako podstawa dla najróżniejszych przeróbek.


Po zakończonych warsztatach każdy uczestnik ma obowiązek dokończyć co zaczął i zaprezentować swoje dzieło na festynie, kończącym projekt w sierpniu. Ciekawe, co z tego wyniknie...

--------------------------------------------------------------------------------------------
*buty - jeżeli ściśle trzymać się fachowej terminologii, to słowo oznacza jedynie obuwie o cholewkach sięgających wysoko za kostkę. Na Słowiańszczyźnie Zachodniej we wczesnym średniowieczu nie występowały. W praktyce prędzej można się pochlastać, niźli na co dzień się zacząć poprawnie wyrażać: dzisiaj szyjemy obuwie!... :)
**chodaki - obuwie wykonane z jednego kawałka skóry.

P.S.
Udział wzięły osoby z drużyn:
Ślężanie, Wotan Hird, Jantar, Ulf Ragnarsson Hird, Wojowie Puszczy Galindzkiej i Panser Galter Drott (PGD).

wtorek, 28 maja 2013

Moja tarcza z dartych desek, część IV*...

...i na pewno nie ostatnia. Z oporem materii przyjdzie mi się zapewne jeszcze trochę zmagać. Idealnie byłoby skończyć tę tarczę na Wilczy Trop, ale z wprowadzaniem ideałów w życie bywa całkiem różnie, a więc nie przesądzajmy. Póki co skupmy się na konkretach.


Obróbka desek okazała się zaskakująco prosta. Aby uzyskać narysowany uprzednio migdałowaty kształt wystarczyło jedynie nadpiłować deseczki i wyłamać wzdłuż włókien charakterystyczne schodki...


...a potem już tylko wyrównać piłą albo nożem:


To samo trzeba teraz powtórzyć na dole, a jak niebawem zobaczymy, nie tylko same deski wyszły nam wcześniej nierówne...


...niesymetryczny bowiem jest także kształt tarczy. Na uzyskanie takiego pozwalały deski i nie ma żadnego powodu, aby dla uzyskania symetrii przycinać je bardziej niż trzeba. To zresztą nie ma znaczenia, gdyż w ostatecznym rozrachunku ukrytych pomiędzy dwiema warstwami skóry desek wcale nie będzie widać. Poza tym na wszystkich krawędziach doda się jeszcze trawę:


Tu jestem zresztą winien podziękowania Matce, która nauczyła mnie na tę okazję zaplatać warkocze. Efekt przerastał wszelkie rezultaty osiągane na tym polu przez Julię Tymoszenko, w czym niewątpliwie dopomagał mój ukraiński dresik włożony do tej roboty.  

Trawa spleciona w ten sposób będzie amortyzować ciosy zarówno na krawędziach tarczy, jak jej zewnętrznej płaszczyźnie, a także zapychać szczeliny i wzmacniać konstrukcję od wewnętrznej strony. Na pewno lepsze to niźli wrzucenie jej luzem do skórzanego wora, czy choćby zgniatanie w kulki lub wiązanie w supły.


Jak łatwo zauważyć, taka zewnętrzna warstwa znacząco zmieni kształt i powiększy całość. Aby połączyć w nią deski trzeba je jednak przeszyć. Do tego potrzebne są dwie rzeczy: dziury...


...i odpowiedni sznurek. By niepotrzebnie nie osłabiać konstrukcji, zdecydowałem się na otwory o średnicy 3mm, wiercone jak widać historyczną - chociaż co prawda nie średniowieczną - tudzież i ręczną wiertarką. Porządną, żeliwną, prosto z PRLu. Szczerze polecam. Z jej pomocą można też bardzo łatwo upleść sznurek z dratwy, do czego wybrałem 3 nici.


W tym miejscu, ku Waszej przestrodze, przyznać się muszę do karygodnej niecierpliwości i, co tu gadać, głupoty. Nie mogąc się doczekać ujrzenia jakiegoś efektu, postanowiłem zszyć wstępnie całą tarczę. Problem polegał na tym, że z ostrożności otwory w deskach wywierciłem najdalej od siebie, jak tylko to było możliwe.  

Szwy wyszły zatem absurdalnie grube, co pasowałoby dobrze jeślibym użył rzemienia. Do tego jednak znowuż otwory w deskach musiałyby mieć co najmniej 6mm średnicy. A na to pozwolić nie mogłem! Pozwoliłem więc sobie na wstępne dopasowanie...



...i zszycie wszystkiego do kupy. Dosłownie i w przenośni, zobaczcie sami co wyszło. Jak widać zszyłem jednak nie do końca wszystko, gdyż sam oplot krawędzi dodam dopiero w momencie  obszywania tarczy porządną, grubą skórą. Tymczasem postanowiłem jej zewnętrzną stronę  wzmocnić trzema warkoczami z trawy, pokrywającymi najczęściej uderzane miejsca na powierzchni. 


Ułożyłem je łukowato i horyzontalnie, żeby przyjmować uderzenia wyprowadzane z góry i na skos. Po drugiej stronie trawiaste, zielone warkocze rozmieściłem pionowo wzdłuż szczelin. W ten sposób uzyskałem też efekt lekkiej wypukłości.


Następnie, po dodaniu trzech szwów, tarcza trzymała się już razem całkiem nieźle. Dlaczego więc przeszycie jej na tym etapie było strasznym błędem? Gruby szew względnie cienkim sznurkiem pokaleczył mi skórę. I wierzcie na słowo - bolało...

Dodatkowo ukryta pod nią trawa okazała się (nie ma jak wyobraźnia przestrzenna, nieprawdaż?) o wiele za gruba i w połączeniu z tym szwem zrobiła z tarczy worek z pustym miejscem w środku. 

Czego możemy nauczyć się na popełnionych błędach? 

Po pierwsze trzeba gęściej nawiercić deski. Z tym jednak raczej ostrożnie. Po drugie bardziej spłaszczyć trawę, być może też odpuścić sobie jeden z warkoczyków. Po trzecie wypadałoby także zrezygnować ze skośnego szwu, bo skoro dwa pierwsze będą nieco gęstsze, następnych już nie da się zrobić bez podziurawienia wszystkich dech jak sita. Czwartym wnioskiem, koniecznym dla ratowania (własnej) skóry jest umieszczenie dodatkowych pasów pod każdym ze szwów. W ten sposób zostaną zakryte powstałe już skaleczenia i zapobiegnie się nowym. Podkładka musi być!



Po tym eksperymencie rozebrałem tarczę, nawierciłem raz jeszcze i odłożyłem na później. Być może uda mi się za nią zabrać już w przyszłą sobotę. Jest i nauczka na przyszłość. Łacińska. 

Festina lente!...

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
* Razem z uzupełnieniem do źródeł na temat jest łącznie 5 notek, pisanych od 2011 r.

poniedziałek, 20 maja 2013

Moja tarcza z dartych desek... Reaktywacja!

Niektórzy może pamiętają, jak praca nad deskami utknęła mi na etapie obróbki. Siekierą. Efekty były takie, że wyszły deski dość proste, ale dwa razy grubsze niż powinny, a było ich nie dwakroć, lecz trzykroć za mało. Potrzebne było coś więcej, musiałem mieć lepsze narzędzia.

Tak oto pożyczyłem od Beinira ośnik, a że nie umiem pracować w drewnie i nie miałem pojęcia jak tego używać - prędzej się dorobiłem siniaków na brzuchu, niż jednej porządnej deski. 

W międzyczasie niektóre z pracowicie oddzielonych razem z Beinirem dranic pogięły się, popękały, wypaczyły i zdechły. No, a właściciel miał także nieco ważniejsze sprawy. I tak to szło. Lub leżało. Długo. Zdecydowanie najwięcej, ile zajęło mi zrobienie czegokolwiek. Bo w końcu, jak napisał Tolkien, to właśnie niezaczęta robota trwa najdłużej!


Zacząć ją znów na dobre - i w sumie od nowa! - mogłem dopiero w momencie, gdy Beinir natrafił gdzieś w necie na bardzo ciekawy przyrząd, zwany kobylicą. Dzięki tej podpatrzonej na rumuńskim youtubie ławeczce mogliśmy wreszcie dokończyć niezaczętą robotę.


Jak widać na załączonym obrazku, zasada jej działania jest dziecinnie prosta. Nogami napieramy na dźwignię, która przyciska nam deskę. A my ją jedziemy ośnikiem!

To oczywiście teoria, bo jeśli ktoś nie ma praktyki, to bywa całkiem ciekawie: a to za mocno przeciągniesz i za głęboko zajedziesz, to dźwignia się obluzuje, albo i nogi połamią pod naszą skaczącą ławeczką. Z ośnika też rączka potrafi spaść, a reguła jest taka, że końcowym efektem będą koślawe deszczułki pięć razy mniejsze od dechy, którą odrywaliśmy. I taki efekt jest dobry! Dla mnie przynajmniej wystarczy...


Naturalnie praktyka czyni mistrza i wczesnośredniowieczny, a i współczesny, rzemieślnik na pewno nie miałby większych problemów z prawidłową i szybką produkcją i obróbką odpowiednich dranic. Sami Słowianie Połabscy byli w tym doskonali!

Narzedzia ciesielskie z Połabia za: Ewald Schuldt, Der Holzbau bei der westslawischen Stämmen vom 8. bis 12. Jahrhundert, Berlin 1988, Abb. 2.

Wśród używanych przez nich narzędzi, prócz rozmaitych toporów oraz cioseł, mamy tu na obrazku klin, pobijaki, wiertło, tudzież ośnik właśnie. Ostatecznie udało mi się odedrzeć i obrobić łączne sześć zwichrowanych, nierównych deseczek - co widać bardzo wyraźnie, gdy leżą tak obok siebie na tle zielonej trawy: 


Mając takowy materiał zdecydowałem się pójść dalej i zacząć już coś z nim robić. Przyczyna - obok niecierpliwości i lenistwa oczywiście - jest tylko jedna. Nie mamy niestety porządnych i prostych pni. Deski wykonane są z drewna osiki, której słoje są nieszczęśliwie skręcone i co się dało z niej zrobić - widzicie właśnie w tym miejscu.


Wymiary migdałowatego kształtu, który mam zamiar uzyskać, będą wynosić maksymalnie 81 i 51 cm.

Kolejnym krokiem na drodze ku zakończeniu roboty będzie więc jego wycięcie i mocowanie konstrukcji. Biorąc pod uwagę, iż na przyleganie bocznych krawędzi desek nie ma najmniejszych szans, zrezygnowałem w ogóle z prób ich sklejenia ze sobą. Zresztą nawet gdyby ich brzegi były idealnie równoległe, to i tak po kilku mocniejszych kopniakach klej kostny by się pokruszył. 

Ażeby osiągnąć jakiś w miarę sensowny efekt przy sklejaniu, krawędzie desek musiałyby być ścięte pod możliwie ostrym kątem do ich powierzchni. Jest to po pierwsze zupełnie niewykonalne przy moich umiejętnościach, po drugie zaś i ważniejsze - po prostu niehistoryczne. Głównym spoiwem tej tarczy będzie więc co innego. 

Ja ją po prostu przeszyję...


Podobnie jak w przypadku tarczy z Triskom, deski będą znajdować się pomiędzy dwiema warstwami skóry. Poza tym, znowu jak w tamtym przypadku, amortyzować uderzenia będzie też warstwa trawy. Zamierzam użyć jej zarówno do zapchania szczelin pomiędzy deskami, wzmocnienia krawędzi tarczy, tudzież i wytłumienia obu stron.


 O tym w następnym odcinku. Na razie - trawa się suszy...

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Kwiecień poza Łodzią, czyli od Rękawki do Wolina...

Marzec i kwiecień mijają, a na blogasie cisza. Cisza fałszywa, podstępna, zwodnicza. To prawda, że trzeba pisać - pracę, nie bloga! - i sezon rzeczywiście znowu mi odpada. Ale bynajmniej nie cały. W zasadzie to już go zacząłem. Wyjazdem na Rękawkę!

PGD gościło na Rękawce w obozie Drużyny Grodu Horodna




Jaki był Kopiec Kraka w ten piękny kwietniowy dzień każdy chyba widzi, nie będę zresztą powielał typowych relacji prasowych, dostępnych w internecie. Z mojego punktu widzenia jedynie parę uwag o sprzęcie. Po pierwsze był to pierwszy test dla mojej nowej kolczugi, którą zamówiłem od Wojmira. Tak, właśnie. Nitowanej. Z Indii...

Fragmenty kolczej plecionki znalezione w Starogardzie Wagryjskim za Torstenem Kempke, Starigard/Oldenburg. Hauptburg der Slawen in Wagrien, t. III, Neumünster 1991, s. 41.

Mój indyjski pancerz nawiązuje jednakże swą formą i rozmiarem kółeczek do pięciu fragmentów plecionki kolczej znalezionych w Starogardzie Wagryjskim. Jeden z nich pochodzi z warstwy osadniczej datowanej na IX w., powstanie obu kolejnych oszacowano w na czasy około tysięcznego roku, a dwóch najpóźniejszych odpowiednio na XI i XI/XII (lub nawet okres późniejszy) wiek.

Średnica kółeczek w przypadku wszystkich pięciu fragmentów waha się od 6 do 7 mm, a w strukturze plecionki występują na przemian rzędy kółek pełnych i nitowanych. 

W przypadku noszonej przeze mnie kolczugi - na zdjęciu to ten czwarty od lewej osobnik z rozwalającą się dziadowską treningową tarczą w ręku - średnica kolców wynosi 6 mm. Jak widać pancerz jest czarny, a zatem oksydowany i przetrwał dzięki temu bardzo dobrze ekstremalne warunki krakowskiego pola bitwy. A  łatwo bynajmniej - abstrahując już od całej zgrai nieśmiertelnych w linii naprzeciwko - nie było. Śnieg szybko zamienił się w wodę, a ta wraz z ziemią zaraz stała się błotem tworzącym olbrzymie bajoro. W sam raz dla Pancernych Knurów!


W przeciwieństwie do kolczugi, konserwacji i naprawy po tym wyjeździe zdecydowanie wymagały buty. Przed wyruszeniem w drogę (należy zebrać Drużynę!), natarłem je na gorąco roztopioną słoniną i przemokły dopiero w trakcie treningu z ludźmi Lubomira. Niestety! - w pewnym momencie po raz pierwszy od ich uszycia 2 lata temu przetarła się dratwa i na czubku lewego buta puścił szew. Po prowizorycznym zszyciu na okrętkę przy obozowym ognisku, musiałem go znowu naprawiać. I to nie tracąc czasu, gdyż już w następny weekend moje buciki z Vipperow czekał kolejny sprawdzian: wyjście na Ślężę.


Była to krótka wycieczka w ramach przedstawionego już wcześniej projektu Rzemiosła Ożywione, w którym bierzemy udział. Jak widać wszystko idzie do przodu, tudzież i zgodnie z planem...

Ubrani historycznie uczestnicy wycieczki. Fot. Joffrid.
Pogodę mieliśmy prześliczną, choć do podnóża do szczytu Ślęży dane nam było przekroczyć granice wszystkich pór roku: od ciepłej wiosny na dole po wietrzną zimę na szczycie. Droga w dół nie dla wszystkich przebiegła bez dodatkowych atrakcji - zwłaszcza gdy ktoś jest masochistą niezwykle ekscytujące bywa zjeżdżanie ze szczytu na przemarzniętym zadku - a impregnacja butów tłuszczem zadania nie ułatwiała.

Na zjeżdżalni. Fot. Joffrid.

Na tę wyprawę nie wziąłem niestety raków. Po wszystkim odkryłem też w domu - na Ślęży jej nie odczułem - usterkę prawego buta, gdzie podobnie jak tydzień wcześniej w lewym przetarła się stara dratwa w okolicy czubka.

Jeżeli chodzi o resztę wyposażenia, to płaszcz i kaptur wełniany sprawdziły się doskonale przeciwko deszczowi ze śniegiem, a kawał porządnej kolczugi na grzbiecie grzał tak samo dobrze jak dwie cienkie tuniki z wełny i filcu pod nią.

To jednak jeszcze nie wszystko jeżeli chodzi o Projekt, i mam tu na myśli nie tylko logo, którego dorobiliśmy się ostatnio...
 
...ale i warsztaty przeprowadzone we współpracy z Muzeum Archeologicznym we Wrocławiu. Nie będę się tutaj rozwodził nad sporządzaniem dokumentacji zabytków. Że zacytuję Rzepichę: 

Opracowaliśmy w 10 osób 50 zabytków, w tym groty, noże, czekany, toporki, klucz, nożyce, kabłączki, osełki, przęśliki, pierścionki, bransoletkę, ucierak, coś z kamienia (?), drewniany gładzik, rylce kościane i inne ciekawe. Szczegóły spis zabytków wraz z opisem oraz ich zdjęcia opracuje Jofridd.[...]Wszyscy, którzy będą brali udział w warsztatach, będą współautorami opracowania na temat zabytków, które docelowo pojawi się na stronie muzeum, jako zaczątek wirtualnego muzeum i genialnej bazy dla rekonstruktorów. 

Już dzisiaj chciałbym zaprosić wszystkich na pokaz, który odbędzie się 18 maja na dziedzińcu Arsenału w ramach Nocy Muzeów we Wrocławiu.

Siemił i Agata przy pracy.
Na koniec, z kronikarskiego obowiązku oczywiście, pochwalę się wyjazdem na I Wolińskie Spotkania Nordystyczne, gdzie miałem okazję wygłosić skromne wystąpienie pt. Dzieje walk obodrzycko-duńskich do śmierci Niklota. Główne problemy badawcze.

Prześledziłem w nim opisy wszelkich starć, jakie miały miejsce między Duńczykami a Obodrzycami w latach 808-1160. Przy okazji można było na bieżąco punktować wszelkie wychodzące w praniu problemy, z jakimi wiąże się analiza wczesnośredniowiecznych źródeł dla historii wojskowości Słowian Połabskich.

To oczywiście pewna część mojej pracy, a uczestnictwo w konferencji pomogło mi się porządnie skoncentrować i pchnąć ją nieco do przodu.

Pierwotny program konferencji, kliknij aby powiększyć.
Jak widać w miesiącu kwietniu działo się całkiem sporo. Zimowego marca też zresztą nie przespałem, ale to już materiał na zupełnie inne notki. Na czas, gdy wreszcie zakończę to co wtedy zacząłem...